Kamil Markiewicz (FXMAG): Co rząd może zrobić, jakie ma narzędzia, aby obniżyć w Polsce ceny paliw?
prof. dr hab. Sławomir Śmiech (ekonomista, Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie): Prawda jest taka, że tak naprawdę rząd za wielu tych narzędzi nie ma. To co jest w jego gestii, to poziom akcyzy i VAT-u.
Jeżeli chodzi o akcyzę, to mamy coś co nas obowiązuje, czyli dyrektywa energetyczna. To unijne prawo, które określa jaki jest minimalny poziom akcyzy na paliwa silnikowe. Poziom akcyzy w Polsce jest obecnie na niewiele wyższym poziomie niż te minima, więc tak naprawdę nie ma zbyt dużej przestrzeni na to, aby w znacznym stopniu te ceny obniżyć. Gdybyśmy zeszli do poziomów minimalnych, to wówczas cena litra paliwa zmniejszyłaby się o około 30, może 35 groszy na litrze.
Kolejnym narzędziem, które w rękach ma rząd, to jest obniżka poziomu podatku VAT. Obecnie wynosi on 23% i teoretycznie można by zejść do poziomu 15%. To by nam dało oszczędności na nieco większym poziomie, przy obecnych cenach paliw około 50 groszy na litrze. Tutaj problem jest taki, że do tego potrzebujemy zgody Komisji Europejskiej, dlatego ta procedura mocno by się wydłużyła (w 2022 roku poprzedni rząd zdecydował o obniżeniu na 11 miesięcy od lutego do grudnia podatek VAT na paliwo do 8% bez formalnej zgody KE, powołując się wówczas na szczególną sytuację związaną z wybuchem wojny na Ukrainie - przyp. red.).
Czytaj też: Ceny na stacjach paliw przerażają. Rząd może obniżyć VAT, ale nadal tego nie robi. Dlaczego?
Dlaczego w pana ocenie rząd nadal nie podejmuje działań, które pozwoliłyby obniżyć cenę paliw na stacjach benzynowych?
To jest dobre pytanie. Po co są podatki? One zasilają budżet państwa po to, żeby rząd mógł realizować różne polityki - zdrowie, edukacja czy bezpieczeństwo. W przypadku podatków od paliw (tj. akcyzy i VAT-u) - wpływy stanowią znaczącą część tych przychodów podatkowych. Za 2024 rok ta sprzedaż wygenerowała nam około 15% wszystkich wpływów do budżetu. Ograniczenie podatków, w tym VAT na paliwo sprawiłoby, że wpływy do budżetu byłyby znacznie mniejsze. A dobrze wiemy, że wydatki budżetowe nie chcą maleć, a deficyt jest z roku na rok coraz większy, więc rząd musi to optymalizować.
Z jednej strony rząd z pewnością się cieszy, że wyższe ceny paliw oznaczają wyższe wpływy, bo podatki liczone są od wyższej kwoty. To pozwala nieco podreperować budżet.
Z drugiej strony są kwestie polityczne. Rząd podlega krytyce, w tym w szczególności ze strony opozycji, która podnosi, że gdyby oni byli przy władzy, to podatki od paliw zostałyby obniżone. Mamy też wyborców, którzy muszą płacić za paliwa więcej i więcej, co przekłada się na popularność rządu..
Jest także trzeci czynnik. Jeżeli ceny paliw będą utrzymywać się na wysokim poziomie przez dłuższy czas, to może okazać się, że gospodarka nam zwolni, wpływy z podatków spadną, nastanie kryzys i tych przychodów i tak nie uda się zrealizować.
Zakładając, że zawirowania na rynkach światowych nie będą trwały długo, taktyka rządu, który działa dość ostrożnie, wydaje się, z punktu widzenia wydatków budżetowych uzasadniona. Natomiast, gdyby wysokie ceny miały utrzymać się dłużej, to nie tylko polski rząd stanie przed dylematem, co z tym zrobić. Być może Komisja Europejska też będzie szukać instrumentów, żeby ceny paliw obniżyć i zmitygować negatywne skutki tego kryzysu.
Czy nie jest tak, że rząd chce wykorzystać obecną sytuację i trzymając w ryzach ceny paliw, nie doprowadzając do przekroczenia kwoty dwucyfrowej za litr, czyli bariery 10 zł, aby w ten sposób do budżetu państwa trafiło jak najwięcej pieniędzy? To pozwoliłoby w części załatać dziurę budżetową, która staje się coraz większa.
Dokładnie tak. Myślę, że taką logikę teraz przyjął rząd. Należy pamiętać o tym, że przed wyborami obecny premier obiecywał, że litr benzyny będzie kosztował 5 złotych, więc gdyby ceny poszybowały do poziomów dwucyfrowych, to to byłaby jego klęska. Z drugiej strony, może jest tak, że wyborcy mają krótką pamięć a premier może słusznie przekonywać wyborców, że wysokie ceny to nie jest efekt polityki wewnętrznej, tylko skutek turbulencji na rynkach światowych.
Być może rząd na to liczy, że poziom akceptacji dla tych wysokich cen, przynajmniej krótkookresowo będzie. W dłuższej perspektywie obawiam się, że gniew wyborców będzie duży i rząd będzie musiał te daniny nieco obniżyć. Należy jednak pamiętać, że przy wysokich cenach paliw niekoniecznie te wpływy do budżetu zostaną ograniczone, bo procentowe podatki będą naliczone od wyższych kwot bazowych.
Jakie konsekwencje dla gospodarki i obywateli naszego kraju może mieć to co się dzieje? Można się spodziewać, że będą one odczuwalne nawet po zakończeniu konfliktu na Bliskim Wschodzie?
Na pewno tak. Ale, jakie to będą skutki to na ten moment trudno określić. Jeśli okaże się, że te problemy, które są z podażą utrzymają się w dłuższym okresie to skutki mogą być katastrofalne. Mieliśmy kryzys energetyczny po wybuchu wojny na Ukrainie, gdy był właśnie problem z podażą, gdy Rosja zatrzymała sprzedaż gazu, a Europa nie miała infrastruktury do tego, żeby absorbować gaz skroplony, co doprowadziło do tego, że ceny na rynkach energii “oszalały”. Gdyby doszło do powtórki z tego kryzysu, to sytuacja będzie trudniejsza tym bardziej, że przestrzeni na to, żeby zwiększać deficyt budżetowy już tak naprawdę nie ma.
Szukając w tym co się dzieje pozytywnych czynników, ten kryzys uświadamia nam zagrożenia, których być może w normalnych warunkach nie dostrzegamy. Kryzysy paliwowe z 70-lat ubiegłego stulecia doprowadziły do tego, że w Stanach Zjednoczonych zaczęto produkować samochody, które są mniej paliwożerne - ograniczono konsumpcję paliw. Jeśli także w tej sytuacji możemy szukać jakiś pozytywów, to może będzie to, dostrzeżenie potrzeby transformacji energetycznej, ograniczenia zależności od paliw kopalnych, których w Europie nie mamy i szukamy alternatyw. To oczywiście nie jest prosty proces i szybko się tego nie uda zrobić, ale ten kryzys przypomina nam, że bez tego nie jesteśmy bezpieczni, a nasze gospodarki, wbrew temu, co nam się wydawało, wciąż są bardzo wrażliwe na to co się dzieje na globalnych rynkach. I nasz dobrobyt, kondycja naszej gospodarki, wreszcie nasza przyszłość zależy od dramatycznych wydarzeń na które nie mamy żadnego wpływu.
Jeśli nawet uniezależnilibyśmy się od paliw kopalnych stawiając na przykład na energetykę jądrową, to uzależnilibyśmy się z kolei od dostawców tych technologii, od których musielibyśmy kupować paliwo jądrowe. Z obecnych planów Unii Europejskiej dotyczących budowy SMR-ów wynika, że będzie to technologia amerykańsko-japońska. Więc to od tych krajów w przyszłości będziemy zależni.
To prawda, zawsze jesteśmy od kogoś zależni, nie da się tego ukryć. Nie jesteśmy w stanie stworzyć systemu, który pozwoliłby nam być samowystarczalnym. Natomiast jeżeli chodzi o działanie takiej elektrowni jądrowej, to skutki potencjalnych wstrząsów byłyby odroczone. Paliwa jądrowego nie dolewa się każdego dnia, więc nawet chwilowe zawirowania nie powinny się przełożyć automatycznie na ceny energii To co się dzieje na rynku uranu nie ma aż tak dużego znaczenia. Paliwo do elektrowni jądrowej dokłada się w cyklach rocznych, albo jeszcze rzadziej, zatem zanim paliwa zabraknie będziemy mieli dużo czasu na działanie. Tradycyjne paliwa - jak gaz czy węgiel musimy dokładać co dnia i jeśli problem z podażą spotka się z niskim poziomem zapasów, wówczas dość szybko pojawi się groźba blackoutu, i niewyobrażalne zakłócenia dla gospodarki i dla naszej codziennej egzystencji.
Patrząc na składowe ostatecznej ceny paliwa, czy tu poza obniżeniem akcyzy i podatku VAT rząd nie ma jeszcze możliwości znalezienia oszczędności? Chodziażby na marży, która jest naliczana zarówno na surowiec, jak i rafinację.
Ta przestrzeń nie jest duża. Należy zwrócić uwagę na to, że Orlen, który jest monopolistą na rynku paliw, jako przedsiębiorstwo ma co do zasady inne cele niż konsumenci. Jemu zależy na maksymalizacji własnych korzyści, ale też żeby zapewnić sobie komfort zakupu ropy jeśli będzie drożeć. I rzeczywiście tak jest, że marże podczas kryzysów mogą rosnąć. Jednak dostępne raporty pokazują, że obecnie marże są na normalnych poziomach i nawet obniżenie ich do zera, co nie jest racjonalne, obniżyłoby ceny na stacjach nie więcej niż o 30 groszy.Patrząc jednak na cenę paliw na stacjach musimy mieć świadomość, że około 40% jej wartości to koszt surowca, reszta to podatki, marże stacji czy rafinerii i koszty logistyki. Patrząc na to można sobie wyobrazić scenariusz, że obniżenie podatków, marż złoży się w sumie na zauważalną obniżkę o około 1,5 złotego na litrze paliwa. Nie wykluczam, że może coś takiego się wydarzyć. Rząd i nominowani przez rząd zarządzający Orlenem są przecież rozliczani przez wyborców, musi im zależeć na tym, aby wyborcy się od nich nie odwrócili.
Należy też pamiętać o tym, że
Ta podwyżka cen w Polsce w ogóle jest zasadna? Przedstawiciele rządu uparcie twierdzą, że do naszego kraju nie trafia ropa naftowa z Bliskiego Wschodu. Skąd więc takie podwyżki? No chyba, że chodzi jedynie od większe zyski dla Orlenu i wyższe wpływy do budżetu państwa.
Prawda jest taka, że część ropy z Bliskiego Wschodu trafia do naszego kraju, dotychczas najwięcej ropy kupowaliśmy z Arabii Saudyjskiej. Faktem jest natomiast to, że nasze dostawy są mocno zdywersyfikowane. Zapewnienia rządu mają nas uspokoić, i chyba dobrze, bo panika nie jest nikomu potrzebna. Natomiast niewątpliwie to co się dzieje w Iranie i krajach Zatoki Perskiej ma i będzie miało swoje negatywne konsekwencje na całym świecie, także w Polsce.
Dziękuję za rozmowę.
Zobacz również: Hipokryzja Orlenu. Najpierw podnieśli Polakom ceny paliw, a teraz oferują promocję



















































































Komentarze
Sortuj według: Najistotniejsze
Nie ma jeszcze komentarzy. Skomentuj jako pierwszy i rozpocznij dyskusję