Obrona powietrzna Kataru czy Emiratów jest bliska załamania, podaje The Guardian.
Katarskie rakiety Patriot mogą wyczerpać się za 4 dni, szacuje Bloomberg (ocena z 2 marca). Natomiast Emiratów, za 7 dni, czyli w przyszłym tygodniu. Oba kraje oczywiście oficjalnie temu zaprzeczają.
Co stanie się, gdy skończą się te pociski? Zmaterializowałby się scenariusz, który jeszcze w zeszłym tygodniu był nie do pomyślenia.
Jednak to nie wszystko. Właśnie otworzył się kolejny front, ale nie w Iranie, a w innym kraju Bliskiego Wschodu, Libanie. Wciągnął on do walki izraelskie siły lądowe.
Konflikt w Iranie (i już nie tylko) pokazuje, że współczesna wojna polega na logistyce i zapasach. Możliwe, że właśnie rozpoczyna się szeroki konflikt na Bliskim Wschodzie. To już nie tylko atak USA i Izraela na Iran.
W wojnie zaangażowane są już: Izrael, USA, Iran, Hezbollah, Liban i irackie milicje. Z kolei 6 krajów Zatoki Perskiej, czyli Arabia Saudyjska, Katar, Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Oman oraz Kuwejt, jest o włos od bycia wciągniętymi w konflikt.
Ruch Huti, sojusznik Iranu w Jemenie, jeszcze nie uderzył, choć na to się zanosi. W tej wojnie nie ma linii frontu. Jest za to reakcja łańcuchowa.
Efekt domina przyspiesza
Początkowe uderzenie USA było zaskakująco skuteczne. Amerykańsko-izraelski atak wyeliminował najwyższego przywódcę Iranu. Teraz, Iran nie jest w stanie odpowiedzieć w sposób konwencjonalny. Robi jednak coś skutecznego.
Zamiast podjąć klasyczny odwet, aktywuje tzw. “Oś oporu”. To nieformalna sieć grup bojowników wspieranych przez Iran.

Źródło: Britannica.
Mamy Hezbollah w Libanie, Hamas w Palestynie, Huti w Jemenie czy milicje w Iraku.
Doktryna jest prosta: Teheran przenosi konflikt na teren przeciwnika. Iran walczy wielopoziomowo. Atakuje też bezpośrednio i zaczepnie inne kraje zatoki perskiej, ale też konfrontuje się z nimi pośrednio poprzez swoich sojuszników.
Pod ostrzałem znalazły się amerykańskie obiekty w całym Bliskim Wschodzie. Konsulat w Dubaju, placówka CIA w Arabii Saudyjskiej i baza amerykańska w Katarze zostały zaatakowane.
Hezbollah otwiera drugi front na terenie Izraela i Libanu, wystrzeliwując salwy rakiet. Konflikt rozrasta się na szeroki region.
Bejrut, stolica Libanu znajduje się blisko 1500 km od Teheranu. To mniej więcej tyle co z Warszawy do Londynu.
Izrael odpowiada. Przeprowadza naloty, wysyła wojska lądowe, które po raz pierwszy od blisko dwóch lat wkraczają na teren południowego Libanu. To najpoważniejsza eskalacja konfliktu Izraelu z Libanem od 20 lat.
Wygląda na to, że Hezbollah szykuje się do dłuższej walki. Nie jest to emocjonalny odwet, tylko element strategii korzystnej dla Iranu, czyli rozciągnięcia konfliktu i wyniszczania arsenału Izraela.
Komunikat izraelskiego dowództwa jest następujący: Hezbollah musi zostać zdecydowanie osłabiony. To podnosi stawkę: jeśli Izrael wygra, to północny odstraszacz Iranu upadnie. Jednak jeśli Izrael przegra i Hezbollah nie zostanie osłabiony, to bojownicy przetrwają silniejsi politycznie.
W obliczu tego konfliktu stało się coś naprawdę zaskakującego. Rząd Libanu przyjął stanowisko zupełnie inne, niż do tej pory. Nie toleruje Hezbollahu, ale otwarcie krytykuje.
Nawet premier Libanu, Nawaf Salam, potępia eskalację konfliktu i zakazuje Hezbollahowi działań militarnych. Prezydent tego kraju potępia ataki przeprowadzone zarówno przez Hezbollah, jak i Izrael. To bardzo rzadka sytuacja. Po raz pierwszy Hezbollah znajduje się pod presją nie tylko ze strony Izraela, ale także rządu Libanu.
Zapasy rakiet, logistyka i przetrwanie
W tej wojnie nie chodzi już o to, kto zajdzie dalej w terytorium, kto kogo zneutralizuje. Szala przenosi się na to, kto posiada ile rakiet. Ile posiada Hezbollah, ile Izrael, a ile Iran w porównaniu do Kataru czy Emiratów.
Ważny jest też bilans kosztów, który jest wyraźnie nierówny. Teheran wysyła tanie drony i rakiety, ale kraje Zatoki Perskiej wykorzystują drogie przechwytujące pociski amerykańskiej produkcji warte setki a nawet miliony dolarów.
Te rakiety przechwytujące są skuteczne, ale nie zmienia to faktu, że kosztowne. Szacuje się, że cena jednego drona Shahed wynosi od 30 do 50 tysięcy dolarów, a jeden pocisk przechwytujący Kataru może kosztować ponad dziesięć razy więcej.
Niewygodna dla Kataru czy Emiratów prawda jest taka, że zaawansowane systemy obronne mają ograniczony zasób amunicji. Bloomberg podaje, że Katarowi skończą się jeszcze w tym tygodniu. Katar temu zaprzecza i twierdzi, że jego magazyny są dobrze zaopatrzone, a nawet grozi amerykańskiemu portalowi pozwem za szerzenie dezinformacji.
Jednak Bloomberg trwa przy swoich szacunkach, i nadal te informacje znaleźć można na amerykańskim portalu.
Zatem, jeśli Iran utrzyma tempo nalotów dronów i rakiet, to defensywny arsenał sojuszników USA w zatoce perskiej po prostu się wyczerpie.
Na pierwszy plan wychodzi kwestia amerykańskiej logistyki. Starsi czytelnicy może pamiętają jeszcze jak USA chwaliły się sukcesem kampanii przeciwko Irakowi w 1991 roku i jak kluczowa okazała się wówczas ogromna operacja logistyczna.
Tym razem, konflikt w Zatoce Perskiej może obnażyć amerykańskie wąskie gardło logistyczne. Baza przemysłowa Stanów Zjednoczonych nie jest przystosowana do nieograniczonej wojny rakietowej o wysokiej intensywności.
Jednak Trump uspokaja te obawy i twierdzi, że “zapasy amunicji Stanów Zjednoczonych nigdy nie były większe ani lepsze w średniej i wyższej średniej klasie”.
We wtorek, prezydent USA napisał na Truth Social:
„Wojny mogą być prowadzone „wiecznie” i bardzo skutecznie, korzystając wyłącznie z tych zapasów”, dodając, że „Stany Zjednoczone są zaopatrzone i gotowe do WIELKIEJ WYGRANEJ!!!”.

Co istotne, Trump mówił o zapasach USA, ale nie o rezerwach krajów Zatoki Perskiej. Magazyny w regionie trzeba uzupełnić. Nie jest to jednak proste zadanie.
Iran atakuje więc: Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Kuwejt, a nawet Irak. Kraje te są już o krok od otwartego zaangażowania się w konflikt i dokonania odwetu w kierunku Iranu. Jeśli tak się stanie, to już niemal cały Bliski Wschód będzie w fazie wojny.
Iran prowokuje nawet Wielką Brytanię atakując brytyjską bazę na Cyprze. W Zjednoczonym Królestwie już pojawiają się obawy o to, że brytyjskie wojsko może zostać wciągnięte w konflikt na Bliskim Wschodzie.
Energetyczny chaos już jest skutkiem wojny w Zatoce Perskiej
Przez cieśninę Ormuz codziennie przepływało od 15 do 20 procent światowej podaży ropy. Ten przesmyk jest już niedrożny. Ceny ropy względem piątku wzrosły o kilkanaście procent.
Powodem są spodziewane przestoje w produkcji i transporcie ropy z Zatoki Perskiej. Podobnie jest z dostawami gazu ziemnego, które też są zatrzymane. A region ten jest kluczowym punktem zaopatrzeniowym LNG dla Europy.
Kraje UE odczują skutki tej przerwy już za kilka tygodni. Zresztą, europejski gaz TTF już drastycznie podrożał, o ponad 60% w kilka dni.

Źródło: TradingView.
To fakty. A prognozy? Przed konfliktem gaz ziemny TTF kosztował 31 euro za megawatogodzinę. Goldman Sachs szacuje, że dwumiesięczne dłuższe zakłócenia w dostawach gazu przez Ormuz, podniosłyby europejskie ceny gazu powyżej pułapu 100 euro. To ponad 3 razy więcej, niż jeszcze w zeszłym tygodniu.
Jeśli taki poziom zostanie osiągnięty, to będzie miało to duże przełożenie na nasze portfele w Europie. Droższa ropa i droższy gaz skutkują wyższymi cenami paliw. W rezultacie, rosną koszty dla firm w Polsce, produkty i usługi drożeją i następuje uderzenie w nasze portfele. Pojawić może się nowa presja na wzrost inflacji w Polsce. Idąc dalej, to ogranicza pole do obniżek stóp procentowych przez RPP i oznacza droższe kredyty hipoteczne.
Wszystko jest ze sobą powiązane siecią zależności, co podbija stawkę całego konfliktu nawet w Europie.
Ten wpływ już miał miejsce. W tym tygodniu cena benzyny w Stanach Zjednoczonych odnotowała największy jednodniowy wzrost od 2005 roku.
To już nie jest wojna lokalna. Efekty obejmą nie tylko ropę i gaz
Jeśli obrona powietrzna Zatoki Perskiej zostanie wyczerpana, nie chodzi tylko o ropę, nie tylko o gaz. Nie tylko o ceny paliw i inflację.
Na szali jest wiarygodność gwarancji bezpieczeństwa dla sojuszników, o których zapewniały przez lata Stany Zjednoczone. W najbliższej przyszłości punktem ciężkości jest eskalacja i rozrost konfliktu na szerszą skalę.
Możliwe jest potencjalne atakowanie przez Iran rafinerii i pól naftowych w Katarze, ZEA czy Arabii Saudyjskiej. Zagrożona jest produkcja sięgająca milionów baryłek. Jednak przede wszystkim celem mogą stać się cywilne obiekty. W niebezpieczeństwie mogą znaleźć się ludzkie życia w Dubaju, Dosze, Abu Zabi i innych miejscach regionu.
Jeden z sojuszników Iranu jeszcze się nie aktywował. Czy to zrobi?
Jest jeszcze jeden sojusznik Iranu, który groził atakiem, ale jeszcze tego nie zrobił. Może on sporo namieszać i rozciągnąć konflikt na kolejny zakątek Bliskiego Wschodu.
To ruch Huti w Jemenie. Ich lokacja widoczna jest na poniższej mapie:

Źródło: The Economist.
Teren Huti jest oddalony o od Iranu o ponad tysiąc kilometrów kilometrów, a od Teheranu o blisko dwa tysiące. O to właśnie Iranowi chodzi - o rozciągnięcie konfliktu.
Ruch Huti grozi wznowieniem ataków na Morzu Czerwonym. W ostatnich latach już kilkukrotnie zaburzał przepływ przez ten ważny szlak handlowy i cieśninę Bab al-Mandab.
Firmy żeglugowe już zmieniły trasy na te wokół Afryki.
Co istotne, razie nie doszło do ataku Huti. Analitycy geopolityczny są zaskoczeni, bo może to być sygnałem nieprzygotowania Ruchu do konfliktu, wbrew oczekiwaniom. Nie jest jasne, czy to brak gotowości, problemy z koordynacją, czy świadome wstrzymanie się na sygnał z Teheranu. Tego dziś nie da się jednoznacznie stwierdzić
Do tego dochodzą informacje podawane przez CNN w oparciu o anonimowe źródła, że CIA pracuje nad uzbrajaniem sił kurdyjskich z zamiarem wzniecenia powstania w Iranie.
Stawka coraz wyższa, a to raptem kilka dni
Jaki może być najgorszy scenariusz? Obrona przeciwrakietowa Zatoki Perskiej jest przytłoczona i jednocześnie cieśnina Ormuz jest niedrożna. Pierwsze pozostaje prawdopodobną możliwością, a drugie już tak naprawdę ma miejsce.
Wówczas, obiekty naftowe stałyby się łatwym celem. Zapewne, państwa Zatoki Perskiej mogłyby otwarcie przystąpić do wojny. Oznaczałoby to szeroki sojusz z Izraelem przeciwko Iranowi. To trwale zmieniłoby układ sił na Bliskim Wschodzie i spowodowałoby chaos w regionie.
Wówczas, nie byłoby zaskoczeniem, gdyby cena ropy wyraźnie przekroczyła pułap 100 dolarów za baryłkę. Analitycy cytowani przez Reuters już o tym mówią.
Ta wojna może się nie zakończyć, gdy ktoś się podda. Możliwe, że zakończy się, gdy jednej ze strony wyczerpią się rakiety. Lub dyplomacja wyprzedzi wyczerpanie zasobów. Sprzyja to stronie, która przygotowała się na długą wojnę.
Zobacz również: Wojna w Iranie uderza w kurs dolara i euro. Ekspert: „Wcześniejsze rynkowe spekulacje o śmierci USD okazały się zdecydowanie przesadzone”
Komentarze
Sortuj według: Najistotniejsze
Nie ma jeszcze komentarzy. Skomentuj jako pierwszy i rozpocznij dyskusję