Kamil Markiewicz (FXMAG): O ile jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że konflikt między Iranem i Stanami Zjednoczonymi może udać się zakończyć poprzez negocjacje, to teraz coraz więcej wskazuje na to, że może dojść do wymiany ognia. To już przesądzone?
dr Witold Repetowicz (ekspert do spraw Bliskiego Wschodu, terroryzmu i geopolityki, Fundacja im. Kazimierza Pułaskiego): Moim zdaniem nadal jest możliwe dojście do porozumienia na linii dyplomatycznej. To najbardziej konstruktywne rozwiązanie. Natomiast faktycznie oficjalne deklaracje idą w innym kierunku. Problem polega na tym, że nie widzę tutaj żadnej wizji, planu, co miałoby by być dalej, jeżeli doszłoby do uderzenia militarnego na Iran. Jakie cele mają zostać osiągnięte poprzez to uderzenie? Jaki ma być tego efekt?
Co może oznaczać “prężenie muskułów”, które widzimy z obu stron konfliktu? Iran zapowiedział na najbliższe dni, czyli na 1-2 lutego manewry w Cieśninie Ormuz z użyciem ostrej amunicji. Do regionu ściągane są także kolejne militarne siły amerykańskiej armii.
Jeżeli chodzi o Iran, to jest to oczywista kwestia, że próbuje on w tym momencie pokazać swoją determinację. A także to, że jest gotowy do militarnej odpowiedzi, aby w ten sposób odstraszyć przed atakiem na swoje terytorium. Iran podkreśla, że nawet minimalny atak ze strony Stanów Zjednoczonych spotka się z odwetem.
Można sobie wyobrazić, że dojdzie do takiej sytuacji, jaka miała miejsce w 2020 roku po zabiciu generała Ghasema Solejmaniego, że dojdzie do takiego bardziej teatralnego uderzenia amerykańskiego i podobnej odpowiedzi irańskiej. To też miało miejsce w 2024 roku w czasie pierwszych uderzeń Izraela na Iran, jeszcze przed wojną 12-dniową, z którą do czynienia mieliśmy w ubiegłym roku.
Ze strony Donalda Trumpa taki atak byłby uzasadniony chęcią pokazania, że jest on silnym przywódcą, który nie rzuca słów na wiatr. Propaganda zapewne mówiłaby o tym, że to było bardzo bolesne uderzenie. Należy zwrócić jednak uwagę, że obecnie w USA jest niekorzystna narracja na temat prezydenta po wydarzeniach w Minneapolis. Atak na Iran na pewno odciągnąłby od tego uwagę.
W tym scenariuszu żadna strona niczego by nie osiągnęła. Gdyby zakończyło się jedynie na “teatralnym uderzeniu”, to moglibyśmy ocenić, że był to wariant optymistyczny. Natomiast po wojnie 12-dniowej można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście taki scenariusz jest realny? Jakiekolwiek uderzenie Amerykanów na Iran wiąże się z gigantycznym ryzykiem.
Czytaj też: Donald Trump zakładnikiem swoich decyzji. Kanada odwraca się od USA i zaczyna współpracę handlową z Chinami
Z drugiej strony, jeżeli ktoś wyobraża sobie, że od bombardowania z powietrza, nawet jeśli w wyniku takiego nalotu zginąłby najwyższy przywódca Iranu Ali Chamenei, a kierownictwo kraju byłoby mocno zdziesiątkowane, to i tak Republika Islamska od tego nie upadnie. Po takiej operacji pojawiłoby się pytanie, jaki był jej cel? Jaki efekt długofalowo to może przynieść?
W takiej sytuacji Iran odpowiedziałby militarnie. To mogłoby prowadzić do tego, że eskalacja tego konfliktu mogłaby objąć cały Bliski Wschód. W przypadku ataku Amerykanów gotowość przystąpienia do odpowiedzi przeciwko USA zadeklarowały już niektóre irackie milicje szyickie. To jest nowa jakość w porównaniu z wojną 12-dniową. Wówczas Iran nie zdecydował się na to, aby użyć swoich aktywów regionalnych, tylko po uderzeniu Amerykanów, dokonał teatralnego odwetu na Katar, ale takiego, żeby nikomu nic się nie stało. To pozwoliło na szybką deeskalację i zakończenie tego konfliktu. Obecnie ryzyko rozlania się tego konfliktu jest o wiele większe.
Na stole pojawiło się kilka scenariuszy. Który z nich jest bardziej prawdopodobny? Ten mówiący jedynie o punktowych atakach, czy wizja potężnego bombardowania dokonanego przez Amerykanów?
Trudno powiedzieć, bo obie decyzje są tak naprawdę irracjonalne, bo nie służą niczemu. Na pewno nie służące obronie protestujących przed represjami. A wręcz przeciwnie. Każde uderzenie spowoduje zaostrzenie represji, co może doprowadzić do większej liczby wyroków śmierci w Iranie. Nie uważam, że doprowadzi to do upadku Islamskiej Republiki, chyba że Stany Zjednoczone gotują się na wojnę totalną z Iranem. To jednak może oznaczać przegraną Republikanów w wyborach i pogrzebanie szans J. D. Vance’a w następnych wyborach prezydenckich, ponieważ byłoby to katastrofalne w skutkach, oczywiście dla obu stron. To byłoby całkowicie sprzeczne z deklaracjami Donalda Trumpa z wycofywania się amerykańskich wojsk z konfliktu na Bliskim Wschodzie. Gdyby przywódca USA podjął taką decyzję, byłaby ona samobójcza i nielogiczna. Należy zauważyć jednak, że obecnie coś, co wydaje się nielogiczne, nie oznacza, że do tego nie dojdzie.
Jak mocna mogłaby być odpowiedź Iranu? Teheran zapowiada, że w przypadku ataku amerykańskich wojsk odwet obejmie nie tylko USA, ale także amerykańskich sojuszników, w tym oczywiście Izrael.
Najbardziej optymistyczna wersja, jeśli chodzi o odpowiedź Iranu, to jest atak na Izrael. To z pewnością doprowadziłoby do wymiany ciosów, która z biegiem czasu może się zakończyć.
Znacznie gorsze będzie, jeśli dojdzie do ataku na jedną z amerykańskich baz i nie będzie to atak “teatralny”. Wówczas możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy to atak balistyczny z Iranu, a drugi to atak irańskich proxy na przykład przez Katar i Hezbollah w Iraku.
Co prawda, Amerykanie wycofali się z terenów federalnych Iraku Al Asad do Kurdystanu, co póki co ubezpiecza Amerykanów w Iraku. Wcześniejsze doświadczenia pokazały, że milicje szyickie w Iraku są w stanie uderzyć również na cele amerykańskie na terenie regionu Kurdystanu w Iraku. To byłoby znacznie gorsze, bo natychmiast rozciągnęłoby wojnę również na Irak. To jest nieporządane, zwłaszcza w tym momencie, gdy w Iraku trwa wyłanianie władzy po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych. To zwiększyłoby prawdopodobieństwo, że w Iraku doszłoby do przejęcia władzy przez siły proirańskie. W takim układzie Stany Zjednoczone miałyby do wyboru rozpoczęcie kolejnej wojny z Irakiem i jednocześnie z Iranem albo całkowicie się stamtąd wycofać.
Newralgicznym punktem tego konfliktu może stać się Cieśnina Ormuz, która jest ważnym szlakiem handlowym, przez który przepływa duża część ropy, która następnie trafia między innymi do Europy. Może dojść do zablokowania cieśniny? Jak w takiej sytuacji mogą zachować się inne kraje w regionie?
Nie jest tajemnicą, że inne państwa regionu, jak na przykład Arabia Saudyjska, Turcja, Oman, Katar, z wyjątkiem Izraela i być może Zjednoczonych Emiratów Arabskich nie są zainteresowane jakimkolwiek atakiem Amerykanów na Iran. Zjednoczone Emiraty Arabskie także muszą zachowywać się bardzo wstrzemięźliwie, ponieważ są bardzo łatwym celem. Dlatego nie uważam, że jakiekolwiek państwo arabskie plus Turcja zaangażowałoby się w jakąkolwiek operację zbrojną przeciwko Iranowi.
Natomiast co do zablokowania Cieśniny Ormuz, to oczywiście jest to możliwe. To jednak nie będzie najgorszą opcją. Tą moim zdaniem jest atak Iranu na amerykańskie bazy wojskowe. Jeżeli zginą żołnierze amerykańscy, to Donald Trump nie będzie miał innego wyjścia, jak zaangażować się pełnoskalowo przeciwko Iranowi.
To jest oczywiście scenariusz mniej prawdopodobny, bo oznaczałby on wręcz atomową wersję wydarzeń, która byłaby samobójcza dla Islamskiej Republiki. W przypadku, gdyby doszło do zabicia islamskiego przywódcy, a władze republiki doszłyby do wniosku, że nie mają już nic do stracenia, to taki krok jest możliwy.
Natomiast przy blokadach Cieśniny Ormuz, które oczywiście wiążą się ze stratami ekonomicznymi, ale są różne możliwe opcje negocjacji wyjścia z takiej sytuacji albo siłowego jej odblokowania. To nie byłaby sytuacja, w której Rubikon zostałby przekroczony. Tym byłoby uderzenie Iranu w amerykańskich żołnierzy.
Poza tym należy pamiętać o tym, że jest opcja ominięcia cieśniny, co oczywiście wpłynęłoby na koszty transportu ropy. Arabia Saudyjska w dużym stopniu przeorientowała swoje zdolności eksportowe przez Morze Czerwone, czyli przez swoje zachodnie wybrzeże.
Amerykanom przy tym konflikcie chodzi jedynie o powstrzymanie programu nuklearnego Iranu, czy o coś więcej?
Jeżeli patrzylibyśmy na przesłanki racjonalne, to Amerykanom na pewno zależy na przerwaniu programu nuklearnego Irańczyków. Na pewno zależy im również na otwarciu irańskiego rynku dla amerykańskich firm. Iran jest na to gotowy i dawał co do tego sygnały już dawno. Natomiast hamulcowym jest Izrael, który protestuje i naciska na Amerykanów, żeby nie akceptowali takiego rozwiązania.
Do tego dochodzi jeszcze kwestia programu balistycznego. Przez to Izrael, a także administracja Donalda Trumpa żąda od Iranu tego, aby Iran z tego programu całkowicie zrezygnował. To jest odrzucane przez Teheran.
Jerozolima jest zainteresowana tym, aby Iran był państwem słabym, najlepiej rozbrojonym, zagrożonym we wewnętrznej destabilizacji. Taki Iran nie stanowiłby zagrożenia dla Izraela. Natomiast Iran, czy będzie to Islamska Republika, czy inny Iran będzie stanowił potencjalne zagrożenie dla Izraela, ponieważ Jerozolima nie będzie miała pewności kto będzie rządził w Teheranie.
Na Zachodzie jest bardzo dużo osób naiwnie optymistycznych, co do przyszłości Iranu, gdyby Islamska Republika upadła. Jestem przekonany, że Izrael nie podziela tego optymizmu. Należy zauważyć, że dla Jerozolimy nie jest na rękę, aby Islamska Republika dogadała się z Zachodem i za cenę poddania kontroli programu nuklearnego zaczęła się stabilizować i być coraz potężniejszym aktorem na Bliskim Wschodzie.
W pana ocenie zwyciężą argumenty siły, czy jednak dyplomacja odegra w tym konflikcie kluczową rolę? Chociażby wspomniana przez pana Turcja bardzo mocno zabiega o to, aby do negocjacji doszło i to, jak najszybciej.
Dyplomacja jest tutaj jedynym racjonalnym rozwiązaniem. Natomiast coraz bardziej dostrzegam, że międzynarodowi “aktorzy” nie kierują się racjonalnymi przesłankami.
Dziękuję za rozmowę.
Zobacz również: Rewolucja w Iranie nieunikniona? Ekspert: “Władze w Teheranie będą musiały ugiąć karku”



























































































Komentarze
Sortuj według: Najistotniejsze
Nie ma jeszcze komentarzy. Skomentuj jako pierwszy i rozpocznij dyskusję