Ambicje Donalda Trumpa
Ambicje Donalda Trumpa zdają się nieposkromione. Ostatnio zdecydował, o czym informował CNN, aby obraz z wizerunkiem Barracka Obamy powędrował na szczyt Wysokich Schodów, a zatem do miejsca niedostępnego dla oczu setek ludzi odwiedzających codziennie Biały Dom. Dostęp do niego ma tam jedynie rodzina prezydenta, agenci służby bezpieczeństwa i nieliczni członkowie personelu administracji głowy państwa.
Goście odwiedzający siedzibę głowy państwa nie będą mogli nacieszyć oczu podobizną Obamy. Zamiast tego zobaczą obraz, na którym stoi Donald Trump z zaciśniętą pięścią, co ma przypominać heroiczny gest po nieudanym zeszłorocznym zamachu na niego.
Sprawy związane z wojną handlową zdają się z grubsza poukładane. Pozostało jeszcze dokręcanie śruby niepokornym w postaci ceł sektorowych w ramach Section 232 ustawy o ekspansji gospodarczej. Jerome Powell, szef FOMC, przestał wystarczać jako „chłopiec do bicia”.
Prezes Intela do zwolnienia!
Czas zatem skoncentrować się na innych sprawach. Prezydent Trump czuje się na siłach w sprawie instruowania innych osób, nad którymi nie ma bezpośredniego władztwa, czym wprawia w zakłopotanie niejednego inwestora.
Do tego „piekielnego” kręgu trafiła w końcu korporacyjna Ameryka. Cięgi zebrał Lip Bu-Tan, dyrektor generalny Intela. 7 sierpnia br. Donald Trump zamieścił na swoim koncie na Truth Social wpis, w którym napisał, że Bu-Tan jest wysoce skonfliktowany i musi się podać do dymisji ze skutkiem natychmiastowym.
Dyrektor generalny Intela znalazł się w centrum politycznego i korporacyjnego dramatu o wysoką stawkę po publicznym wezwaniu Trumpa do rezygnacji. Kontrowersje związane z jego osobą wynikają z wcześniejszych inwestycji Tana w chińskie firmy technologiczne, z których część rzekomo miała powiązania z chińskim wojskiem. To zdaniem prezydenta USA zrodziło obawy o bezpieczeństwo narodowe, czemu sprzyjał m. in. apel senatora Toma Cottona wzywający do usunięcia szefa Intela.
Po wpisie Trumpa na Truth Social obaj panowie spotkali się. I najprawdopodobniej wyjaśnili sobie pewne kwestie. Na tyle skutecznie, że Republikanin określił tę rozmowę z Tanem jako „bardzo interesującą”. Topór wojenny został chyba skutecznie zakopany.
Rząd federalny ma ponoć zainwestować w Intela
Na tyle skutecznie, że Bloomberg doniósł w czwartek o tym, że Skarb Państwa USA może dokonać inwestycji kapitałowej w Intela. Reakcja inwestorów na te doniesienia była błyskawiczna. W czwartek kurs akcji Intela zyskał na regularnej sesji 7,4% (wzrost do 23,86 dol.), a w ciągu handlu after-market zyskał jeszcze 3,1% (do 24,61 dol.).
Informacja Bloomberga nie znalazła oficjalnego potwierdzenia w komunikacji płynącej z obozów potencjalnych uczestników transakcji.
Kush Desai, rzecznik prasowy Trumpa, wyjaśnił, iż dyskusja na temat hipotetycznych transakcji powinna być traktowana jako spekulacje, chyba że zostanie oficjalnie ogłoszona przez administrację. A zatem nie ma jednoznacznego zaprzeczenia, że informacje Bloomberga nie mają pokrycia w rzeczywistości.
Równie wstrzemięźliwie wypowiedział się Intel. Spółka podała, że jest głęboko zaangażowana we wspieranie wysiłków prezydenta Donalda Trumpa na rzecz wzmocnienia przywództwa USA w zakresie technologii i produkcji. A do tego z niecierpliwością czeka na kontynuację współpracy z administracją Trumpa w celu realizacji tych wspólnych priorytetów, lecz nie zamierza komentować plotek ani spekulacji.
Szczegóły planowanej transakcji owiane są tajemnicą, co nie powstrzymało niektórych analityków od wstępnej oceny pomysłu.
"Większy udział rządu, mający na celu znaczne zwiększenie produkcji chipów w USA, może mieć na celu popchnięcie i/lub zachęcenie amerykańskich producentów chipów do wykorzystania amerykańskich zakładów Intela. To powiedziawszy, trudno jest nadmiernie ekscytować się historią Intela, biorąc pod uwagę, że ta wiadomość nie zmienia perspektyw biznesowych producenta chipów" - uważa Angelo Zino, analityk CFRA Research.
W trochę innym tonie wypowiedzieli się inni. Matt Britzman, starszy analityk akcji w Hargreaves Lansdown, powiedział, że deal może być przełomem, ale ostrzegł przy tym, iż wsparcie rządowe, choć pomoże wzmocnić zaufanie, to nie naprawi podstawowej luki w konkurencyjności w zaawansowanych rozwiązaniach.
Najbardziej sceptyczni okazali się analitycy Bernstein. Zauważyli oni, że bez solidnej mapy drogowej procesu, całe przedsięwzięcie byłoby ekonomicznie równoznaczne z „podpaleniem” 10 miliardów dolarów.
MP Materials nakreślił nowy trend?
To nie byłby pierwszy przypadek za kadencji Trumpa, gdy państwo angażuje się kapitałowo jako współwłaściciel spółki prywatnej. 10 lipca br. giełdowe MP Materials podało, że w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego podpisało umowę inwestycyjną z Departamentem Obrony (DoD). W jej efekcie DoD stanie się największym akcjonariuszem tego wartego 13,6 mld dol. górnika metali ziem rzadkich (REE) z siedzibą w Las Vegas.
Jak ożywczo to zadziałało na ocenę perspektyw MP Materials na tle S&P 500 (SPY) widzimy na poniższej infografice. W ciągu ostatnich 3 miesięcy kurs MP Materials eksplodował o prawie 260%, a indeks szerokiego rynku akcji zwyżkował jedynie o 10%.

Źródło: Trading View
Ameryka ściga się z Chinami w wyścigu o przywództwo światowe. Hegemonia USA jest kwestionowana przez Państwo Środka. Potężnym atutem Pekinu jest dysponowanie olbrzymimi złożami metali ziem rzadkich, w tym neodymu i prazeodymu.
Tlenek tych pierwiastków chemicznych (NdPr) stanowi nieodzowny element do produkcji magnesów neodymowych. Służą one jako komponent m. in. do wytwarzania silników pojazdów elektrycznych, turbin wiatrowych, napędów hybrydowych, dysków twardych i specjalistycznego sprzętu medycznego. Słowem, bez nich we współczesnej nastawionej na technologie gospodarce daleko się nie ujedzie.
A Chińczycy mają w swoich rękach zasoby odpowiadające 85% światowych złóż NdPr. I wielokrotnie w historii swojej polityki gospodarczej pokazywały, że potrafią grać jokerem z napisem „metale ziem rzadkich”. Nie dalej jak w czerwcu Chiny nałożyły ograniczenia handlowe, co doprowadziło do 75% spadku eksportu magnesów ziem rzadkich z tego kraju i spowodowało, że niektóre firmy motoryzacyjne zawiesiły produkcję.
Jakie jest zapotrzebowanie na magnesy neodymowe?
Zdaniem analityków Peak Rare Earths zapotrzebowanie na magnesy neodymowe będzie rosło. Do tego pogłębiać ma się systematycznie deficyt bilansu podażowo-popytowego NdPr. Niedobór podaży ma utrzymać się do co najmniej 2030 r.

Źródło: Peak Rare Earths
Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, że znajdują się w żelaznym uścisku Pekinu, jeżeli chodzi o metale ziem rzadkich. Stąd poszukują dróg wybrnięcia z tej niepożądanej sytuacji. Przykładem może być niedawna ofensywa dyplomatyczna, mająca na celu zapewnienie sobie dostaw metali ziem rzadkich zlokalizowanych na Ukrainie, do której uparcie dążył Donald Trump w negocjacjach z Wołodymyrem Zełenskim.
Z zagranicznymi partnerami handlowymi może być różnie. Dotychczasowe sojusze czasami niszczą się wraz z upływem czasu, dlatego najbezpieczniejsze strategicznie jest zabezpieczenie sobie dostaw REE z własnych źródeł.
Prawdopodobnie taka wizja przyświecała Departamentowi Obrony Stanów Zjednoczonych, który wszedł w lipcu kapitałowo do MP Materials. Ta decyzja ma kilkuwymiarowy charakter. Bo mówimy o wejściu do kapitału zakładowego spółki, dzięki czemu władze federalne objęły 15% akcji MP Materials (pakiet jest obecnie warty 2,0 mld dol., a dzień przed ujawnieniem transakcji rynek taką porcję akcji wyceniał na 0,8 mld dol.). Pomysł na doszlusowanie amerykańskiego Skarbu Państwa do akcjonariatu MP Materials wyjątkowo przypadł do gustu inwestorom, ponieważ tylko na sesji giełdowej z 10 lipca kurs papierów wystrzelił o 51%.
Poza partycypacją kapitałową rządu są jeszcze inne korzystne zapisy wynikające z umowy inwestycyjnej. Dzięki wsparciu państwa i konsorcjum instytucji finansujących (J.P. Morgan Chase i Goldman Sachs) firma uruchomi do 2028 r. nowy zakład (Projekt 10X), który zwiększy moce wytwórcze w zakresie magnesów stałych do 10 tys. ton metrycznych.
DoD zobowiązał się, że przez 10 lat od wybudowania fabryki 10X będzie płacił 110 dol. za kilogram magazynowanych lub sprzedawanych związków NdPr, co stanowi blisko dwukrotność aktualnych notowań na rynkach towarowych w Chinach (ok. 60 dol.). Bez takiego zobowiązania pewnie niemożliwe byłoby uzyskanie finansowania od banków (na kwotę 1 mld dol.). A sam Departament Obrony dodatkowo udzielił pożyczki MP Materials w wysokości 150 mln dol., która posłuży do rozbudowy możliwości separacji ciężkich pierwiastków ziem rzadkich w Mountain Pass.

Źródło: MP Materials
W tej całej transakcji na linii DoD/MP Materials pojawiła się jeszcze jedna ciekawostka. Amerykański Skarb Państwa wskoczył na pozycję numer jeden w akcjonariacie, w którym poza Jamesem Litinsky’m, dyrektorem generalnym spółki, istotną rolą odgrywają jeszcze m. in. inwestorzy finansowi (BlackRock i Vanguard). To jednak nie wszystko, ponieważ prawie 8% pakietem akcji MP materials dysponuje Shanghe Resources (600392.SS), chińska firma notowana w Szanghaju.
Intel słabnie w oczach, czego końca wciąż nie widać
O problemach Intela napisano tak wiele, że nie ma sensu powielać informacji rozpowszechnionych w różnych mediach. Jedyne, nad czym warto chwilę się pochylić, to najświeższe wyniki finansowe, jakie koncern z kalifornijskiej Santa Clary opublikował 24 lipca.
Szału nie było, bo i nie mogło być
zgodnie z przypuszczeniami Wall Street. Strukturalne problemy koncernu utrzymują się. Rezultaty za II kw. 2025 były sporo słabsze na poziomie marży brutto i zysku na jedną akcję niż przewidywania zarządu spółki ujawnione w kwietniu br. Lepiej było tylko w przypadku sprzedaży.

Źródło: Intel
Wyniki bardzo istotnego segmentu odlewniczego półprzewodników to istny dramat. Na dobrą sprawę jest to biznes, który od dawna stanowi kulę u nogi Intela. I niewykluczone, że nadaje się on wyłącznie „do zaorania”. Dla zobrazowania tego poglądu dwie zmienne. Sprzedaż segmentu odlewniczego Intela w poprzednim kwartale wyniosła 4,4 mld dol. A strata? 3,2 mld dol., co daje ujemną marżę operacyjną na poziomie 72%.

Źródło: Intel
Intel szuka pieniędzy na gwałt, a ostatni wystrzał kursu uczynił jego akcje przewartościowane
Administracja Trumpa rozważa teraz przejęcie – zapewne części, bo pełnej nacjonalizacji żaden z ekspertów sobie nie wyobraża - udziałów w Intelu. Ta potencjalna inwestycja miałaby na celu wsparcie opóźnionej budowy gigantycznego zakładu produkcyjnego chipów w Ohio (projekt Ohio One) i wzmocnienie kondycji finansowej koncernu z Kalifornii w obliczu niedawnych redukcji zatrudnienia i działań restrukturyzacyjnych.
W piątek Bloomberg potwierdził, że w spekulacjach na temat zaangażowania się kapitałowego Skarbu Państwa jest coś na rzeczy, ponieważ ma on rozważać sfinansowanie inwestycji za pomocą środków budżetowych umiejscowionych w funduszach w ramach U.S. CHIPS and Science Act.
Dla przypomnienia, Intel uzyskał już znaczące wsparcie publiczne w ramach tej ustawy – do 7,9 mld dol. w formie bezpośrednich dotacji oraz możliwość uzyskania do 11 mld dol. w formie pożyczek federalnych, które chce przeznaczyć na inwestycję w dwa zakłady w Ohio (ponad 28 mld dol.).
Intel do niedawna jeden z liderów branży półprzewodników został obecnie zdegradowany do pośledniej roli. Z kapitalizacją giełdową na poziomie nieco ponad 100 mld dol. była to 17. największa spółka sektora, której daleko od bilionerów w postaci Nvidii, Broadcomu i Taiwan Semiconductor.
A Nvidii i AMD ekipa Donalda Trumpa przyznała niedawno „dziką kartę”
Dzięki niej spółki będą mogły wznowić sprzedaż chipów na potrzeby sztucznej inteligencji w Chinach, takich jak H20 (Nvidia) i MI308 (AMD). Na początku tego roku eksport takich komponentów technologicznych do Państwa Środka został zbanowany. Po najnowszej decyzji administracji handlowej firmy mogą ubiegać się o licencje eksportowe do Chin za cenę przekazania 15% swoich przychodów eksportowych rządowi USA.
Nvidia i AMD przystały na to „działkowanie się” przychodami ze Skarbem Państwa, gdyż najprawdopodobniej doszły do wniosku, że Chiny są zbyt istotnym rynkiem zbytu, aby z niego zrezygnować. Nvidia zaksięgowała tam w zeszłym roku 17 mld dol. (13% swoich całkowitych przychodów). AMD wygenerowało w Chinach ponad 6 mld dol., co stanowiło prawie jedną czwartą sprzedaży ogółem.
Najświeższy wystrzał kursu Intela spowodował, że akcje przedsiębiorstwa zdają się przewartościowane względem konsensu analityków Wall Street
Poziom docelowy w perspektywie 12 miesięcy jest niższy o 8% niż wynosi obecny kurs rynkowy spółki. To zgoła odmienna sytuacja niż w przypadku Samsunga, Taiwan Semiconductor, Qualcommu, Applied Materials czy ASML, których cena docelowa jest wyższa o co najmniej 10% niż aktualne notowania giełdowe, co zostało pokazane dla czołowej dziesiątki półprzewodnikowej na poniższej infografice.

Źródło: opracowanie własne na podstawie FactSet i CMC
Kim jest „prorok” opcyjny, który wstrzelił się idealnie?
W wystrzale kursu akcji Intela z ostatniego czwartku można upatrywać jeszcze pewnej zagadki, którą wyłuskał Adam Kobeissi z The Kobeissi Letter. Papiery giganta technologicznego są na tyle płynne, że stanowią również podstawę do emitowania opcji na akcje.
Kobeissi zauważył, że w czwartek o 15:30, czyli na 3 minuty przed pojawieniem się depeszy Bloomberga w sieci ktoś kupił ponad 1,5 tys. opcji typu call na akcje Intela z ceną wykonania dzień później po 24 dol. Tak dużo wyższa cena wykonania w porównaniu z kursem bieżącym akcji Intela powodowała, że każda opcja były wyceniane po 5 centów za sztukę akcji. Kontrakt opcyjny (zawsze opiewają na równowartość 100 akcji) można było zatem zawrzeć po 5 dol., czyli jakiś „prorok” wydał na rynku 7,5 tys. dol. na wszystko. Ile dało się na takim wiście zarobić?
Otwarcie akcji Intela na rynku kasowym w czwartek wyniosło dla równego rachunku 22 dol. (dokładnie 21,99 dol.). W szczycie sesyjnym papiery na rynku kasowym doszły do 24,2 dol. Czyli w uproszczeniu można powiedzieć, że poszły one w górę o jakieś 2 dol. A zatem sprytny inwestor stojący za transakcją spokojnie mógł zarobić robiące wrażenie pieniądze w mgnieniu oka.
Kupił kontrakt za 5 dol. (stuakcyjny), a sprzedał go za 200 dol., co przekłada się na zysk procentowy stanowiący niemal 40-krotność wyłożonej kwoty inwestycji. Zamiast zainwestowanych 7,5 tys. dol. mogło zrobić się nagle niemal 300 tys. dol. Tak właśnie wygląda magia opcji za sprawą dźwigni wbudowanej w tego typu derywaty.
Nie wiadomo, kto okazał się „prorokiem” opcyjnym, który chwilę przed upublicznieniem depeszy Bloomberga miał takie wyczucie rynku. Niewykluczone, że sprawą zainteresuje się amerykański SEC, a wówczas personalia tego wytrawnego gracza może poznamy.

Źródło: The Kobeissi Letter
Siostro, proszę podać pacjentowi sole cucące
W przeszłości mieliśmy do czynienia już z interwencjami rządowymi, które miały na celu podtrzymanie przy życiu flagowych okrętów gospodarki amerykańskiej. Pewnie przypadki Chryslera i Citigroup od razu przychodzą do głowy, gdy pomyśli się o takiej formie wsparcia. Ale tam nie było partycypacji kapitałowej. Zresztą, jak się popatrzy na rodzaj wsparcia rządowego, to preferowane są rozwiązania tymczasowe (np. pożyczki), a nie wiązanie się na stałe z obiektem transakcji za pomocą obejmowania akcji.
Chrysler, obecnie marka międzynarodowego koncernu motoryzacyjnego Stellantis, dwukrotnie sięgał po pieniądze rządowe. Najpierw w 1979 r. dostał 1,5 mld dol. pożyczki, żeby uratować 360 tys. miejsc pracy, gdy groziło mu bankructwo (plus dodatkowe tyle samo miejsc pracy wchodziło w rachubę dla firm powiązanych z gigantem z Detroit). Później, pod koniec pierwszej dekady XXI wieku Chryslerem tak zachwiało, że musiał pozyskać blisko 8 mld dol. pożyczek od rządów USA i Kanady (w tym 5,9 mld dol. od Stanów Zjednoczonych).
Wsparcie dla Chryslera to były jednak drobne na waciki w porównaniu z tym, co się stało w przypadku wiodących instytucji finansowych, które zatrzęsły się w posadach po wybuchu Wielkiego Kryzysu Finansowego w 2008 r. W ramach programu ratunkowego TARP rząd zgodnie z danymi Panelu Nadzoru Kongresu przyznał Citigroup 476 mld dol. w postaci pożyczek i gwarancji. Mniejszym obciążeniem były Bank of America (336 mld dol.) i Morgan Stanley (135 mld dol.).
Są zatem precedensy historyczne pomocy państwa. I do tego wiążą się one z zaangażowaniem finansowym znacznych rozmiarów. Jak to wszystko się potoczy w przypadku Intela, gdy plotki obecnie krążące po rynku zmaterializują się?
Danych na temat szczegółów planowanej transakcji ze źródła brak. W związku z tym pozostają jedynie domysły, w tym analityków branży półprzewodników – jakimi prawami rządzi się ten biznes pisaliśmy niedawno pod tym linkiem:
Kto nie miniaturyzuje ten wypada z gry! O co chodzi w branży półprzewodnikowej?
Jordan Klein, analityk Mizuho Securities, uważa, że doniesienia medialne, w tym Bloomberga, sugerują, iż Trump chce, aby amerykańskie firmy zaangażowane w biznes chipowy bez własnych odlewni korzystały z fabryk Intela.
"To pachnie tym, że Trump chce zmusić Nvidię, AMD, Qualcomm, Apple i Broadcom do przeniesienia najnowocześniejszych zamówień odlewniczych z Taiwan Semiconductor (TSM) do Intela. Kluczowym wyzwaniem (w tym zamyśle – przyp. red.) jest jednak to, że Intel pozostaje w tyle za TSM w swoich najbardziej zaawansowanych produktach" - ocenił Klein.
"Wszyscy wiemy, że Trump chce przesunąć amerykańskie wydatki na chipy z TSM do Intela tak szybko, jak to możliwe. Najbardziej sensowne byłoby to, gdyby Trump nakłonił Broadcom lub Qualcomm do przejęcia biznesu produktów Intela, a następnie firma produkcyjna stała się samodzielną firmą, którą rząd USA może sfinansować dużą inwestycją, ponieważ (taka organizacja – przyp. red.) będzie potrzebowała dużo pieniędzy i pomocy".
Wątpliwości, że Intel potrzebuje zobowiązań klientów, aby wesprzeć swoje wysiłki związane z zaawansowanymi fabrykami chipów nie ma Stacy Rasgon, analityk Bernstein. Tym bardziej, że Lip-Bu Tan, szef Intela, zagroził porzuceniem projektu budowy zaawansowanej fabryki w Ohio, jeżeli nie zabezpieczy dla niej popytu na produkty. To słuszne podejście, ponieważ wydanie pieniędzy na kompleks, którego wykorzystanie mocy produkcyjnych byłoby znikome, mija się z jakimkolwiek celem.
"Można sobie wyobrazić, że rząd USA będzie próbował w tym pomóc (w pozyskaniu zleceń produkcyjnych – przyp. red.), albo bezpośrednio siłą (lub przynajmniej „ciężką” zachętą), albo pośrednio poprzez politykę celną lub inne regulacje (być może w ten sposób Lip-Bu zdobędzie „bohaterskiego klienta”, którego potrzebuje, aby kontynuować rozwój 14A (nazwa fabryki – przyp. red.)" - uznał Rasgon.
Według niego w takim scenariuszu i tak Intel musi być wyposażony w coś więcej niż fundusze na inwestycje. Chodzi o możliwości technologiczne, czyli coś, czego Taiwan Semiconductor ma pod dostatkiem.
Inny aspekt potencjalnej transakcji poruszył Patrick Moorhead z Moor Insights and Strategy. Jego zdaniem konsorcjum firm chipowych (bez własnych odlewni) i hiperskalerzy (Alphabet, Amazon, Meta Platforms i Microsoft) może zainwestować w Intela, biorąc pod uwagę ich znaczne wydatki kapitałowe na rozwój i strategiczną wartość inwestycji. Zwrócił przy tym uwagę na to, że nowy węzeł odlewniczy 14A Intela został zaprojektowany na potrzeby szerszego zastosowania, w przeciwieństwie do poprzedniego węzła 18A, który był przeznaczony wyłącznie dla własnych chipów Intela. A całość pomysłu, być może firmowanego przez rząd amerykański, mu „się spina”, gdyż jest zgodna z interesami bezpieczeństwa narodowego.
Temat Cię zaciekawił?
Zapraszamy do wywiadu z byłym pracownikiem Intela na temat możliwego doinwestowania spółki przez rząd USA: Jaki cel ma USA jeśli rzeczywiście chce zainwestować kapitał w Intela? Azam Barkutallah z Foretag Consulting specjalnie dla FXMAG
Komentarze
Sortuj według: Najistotniejsze
Nie ma jeszcze komentarzy. Skomentuj jako pierwszy i rozpocznij dyskusję