- Część inwestorów to jelenie - to specyficzna kategoria ze zwierzyńca rynku kapitałowego, obok byków i niedźwiedzi
- Na IPO w naszym kraju da się zarabiać, gdyż średnia stopa zwrotu wyniosła 9,9%, a mediana 3,8%
- Polski rynek jest zdominowany przez małe oferty (poniżej 100 mln zł), które stanowią 70% ogółu
Jeleń, to przepiękny parzystokopytny ssak, zasiedlający polskie knieje. Tym mianem w żargonie środowiska rynku kapitałowego określa się też pewną specyficzną klasę inwestorów. Jelenie (ang. stags), to ci, którzy nabywają papiery wartościowe w ofertach publicznych (IPO) z myślą, żeby zainkasować zyski po wprowadzeniu walorów do obrotu na rynku giełdowym.
Nie jest ich zamiarem posiadanie instrumentów finansowych w portfelu na dłużej. To typ inwestora krótkoterminowego, żeby nie powiedzieć po prostu spekulanta. Intencją jest jak najszybsze (najlepiej na debiucie giełdowym) pozbycie się papierów. W swoich poczynaniach często posiłkują się lewarowaniem, a zatem zaciągają kredyt u brokera lub w banku, jeżeli spodziewają się znacznej redukcji złożonego zapisu.
Jelenie chętnie żerują w odpowiednim środowisku
Naturalnym ich siedliskiem są rynki akcji, na których często organizuje się IPO. Polska do takich nie należy. Co innego Stany Zjednoczone. Tam jest rzeczywiście ruch w interesie na rynku pierwotnym, o jakim możemy pomarzyć.
W latach 2000-2024 (do 17 października br.) w USA przeprowadzono 6 260 pierwszych ofert publicznych (bez względu na wysokość ceny sprzedaży pojedynczej akcji). Rekord padł w 2021 r., gdy inwestorzy mogli uczestniczyć w ponad tysiącu tego rodzaju transakcji, co w przeliczeniu na miesiąc dawałoby 86 IPO, czyli ponad cztery dziennie, zakładając 20 dni sesyjnych. To robi bez wątpienia wrażenie.

Źródło: Stock Analysis
Czytaj także: Kiedy warto sprzedać akcje spółki, która debiutuje na giełdzie?
Ile można wyciągnąć z IPO w USA?
Pewnie niektórzy czytelnicy FXMAG są ciekawi, a ile dokładnie taki jeleń amerykański może zarobić/stracić? Spieszę z pomocą, bazując na statystykach przygotowanych przez niekwestionowany tamtejszy autorytet naukowy z dziedziny IPO. Kto to? Mówią o nim powszechnie „Mr. IPO”. Tym przydomkiem jest określany Jay R. Ritter, profesor ekonomii Warrington College of Business, University of Florida.
Z obliczeń Rittera wynika, że w latach 1980-2023 średnia stopa zwrotu pomiędzy ceną w IPO a ceną na debiucie giełdowym wyniosła 18,9%, zaś mediana 7,0% (dla ofert z ceną sprzedaży co najmniej 5 dolarów).
To jednak średnie dla niezwykle długiego interwału czasowego. Siłą rzeczy muszą się one wahać w pojedynczych latach. I tak jest w istocie. Z poniższej infografiki można wywnioskować, że gdy inwestorzy mogą uzyskiwać zbyt „tłuste” stopy zwrotu na debiutach, to może to okazać się zapowiedzią nadchodzących kłopotów. Inwestorzy zdają się wtedy kupować wszystko jak leci, co sprawia, że emitenci pchają się drzwiami i oknami po kapitał.
Spektakularnym przykładem tego zjawiska były lata 1999-2000, w których średni zysk na debiucie wyniósł odpowiednio: 71,2% i 56,3%. Co później nastąpiło, wiadomo – słynna bańka dot-comów. W trakcie jej korygowania indeks Nasdaq Composite od szczytu w 2000 r. do końca 2002 r. stracił 74%.
Dlatego, gdy można zaobserwować wysyp IPO, które dają na debiucie na rynku wtórnym dalece odbiegające od przeciętnej stopy zwrotu, to warto zastanowić się, czy nie uciekać, gdzie pieprz rośnie ze swoimi aktywami.
Ewentualnie, choć to już raczej opcja dla inwestorów bardziej doświadczonych, mających odpowiednią psychikę i wiedzących, na czym polega działanie dźwigni, założyć pozycję na rynku derywatów przeciwną do obowiązującego trendu.

Źródło: opracowanie własne na podstawie Jay R. Ritter
Nieudana inwestycja czasem staje się długoterminowa
Bywają jednak inwestorzy uparci. Załóżmy, że tracą oni na debiucie giełdowym w porównaniu z ceną IPO. I stają się inwestorami długoterminowymi, licząc że za pewien czas kurs odbije, a oni zrekompensują sobie stratę.
Historia zna mnóstwo przypadków, że tak się nie stało – i niech to będzie przestrogą, żeby nie podchodzić bezrefleksyjnie do zbiorczych wyników statystycznych.
Wejdźmy na polski grunt. Być może dobrym przykładem jest Allegro.eu. Potentat polskie rynku e-commerce, więc wydawałoby się, że spółka typu wańka wstańka.
Firma przeprowadziła ofertę publiczną we wrześniu 2020 r., w której uplasowała akcje po 43 zł (było to zresztą największe IPO w historii GPW w Warszawie o wartości przekraczającej 9 mld zł). Obecnie te papiery kosztują 35 zł, czyli mimo upływu czterech lat jeleń, który stał się inwestorem długoterminowym i tak był pod kreską jakieś 19%. Gdzie tu mowa o zysku, a tym bardziej o zachowaniu wartości nabywczej kapitału?
Zresztą w 2022 r. cena walorów tego giganta z dziedziny e-commerce osunęła się nawet w okolice 18 zł, co dawało stratę rzędu blisko 60%. Ciekawe, ilu jeleni było tak odpornych, widząc tak potężny drawdown, i zacisnęło, dajmy na to zęby, nie zamykając swojej pozycji.
Niemniej, w celach statystycznych poniżej przedstawiam infografikę, opartą o dane zestawione przez Mr. IPO dla amerykańskiego rynku akcji z lat 1980-2022. Jest ona o tyle ciekawa, że grupuje firmy pod względem wartości IPO: 0-10, 10-20, 20-50, 50-100, >500 mln dolarów. A także przedstawia, na jakie stopy zwrotu mogli liczyć inwestorzy po 3 latach od debiutu. Co może być orientacyjną podpowiedzią dla osób, których krótkoterminowa inwestycja w nieoczekiwany sposób przeistoczyła się w długoterminową.
Mnie się rzuciły w oczy cztery prawidłowości. Po pierwsze, największe zyski na debiucie w stosunku do IPO dawały spółki organizujące najmniejsze emisje – w każdym z trzech najmniejszych zakresów wartościowych średnia stopa zwrotu przekraczała 20%. Po drugie, im większa była skala emisji, tym na debiucie przeciętny zysk był najmniejszy.
A co po 3 latach? Maluchy robiące IPO w przedziałach 0-10 i 10-20 mln dolarów mimo upływu 36 miesięcy od debiutu były średnio pod kreską – wyniosło to odpowiednio: -15% i -1%. Reszta odrabiała początkową stratę, a celowali w tym zwłaszcza emitenci sięgający po największe fundusze od inwestorów.

Źródło: opracowanie własne na podstawie Jay R. Ritter
Zobacz również: 8 na 20 największych deweloperów w Polsce jest kontrolowanych przez zagraniczny kapitał
Gdzie są najlepsze pastwiska dla jeleni na innych rynkach świata?
Stany Zjednoczone są największym rynkiem akcji w skali globu – to mniej więcej 50-60% kapitalizacji naszej planety (zależy, jak to liczymy). Na nich świat się jednak nie kończy. Według metodologii MSCI mamy 23 rynki rozwinięte (skupione w MSCI World), 24 wschodzące (MSCI Emerging Markets) i 21 peryferyjne (MSCI Frontier Markets) – łącznie blisko siedemdziesiąt. Do tego dochodzą inne kraje, które nie są sklasyfikowane w indeksach tej rodziny. Jest więc w czym wybierać.
Trzej naukowcy: Tim Loughran z University of Notre Dame, Jay R. Ritter i Kristian Rydqvist z Binghamton University, University of New York, zagregowali dane na temat średnich stóp zwrotu z inwestycji, polegającej na kupnie w IPO i sprzedaży na debiucie na rynku wtórnym.
Ich opracowanie dotyczyło kilkudziesięciu rynków akcji ze wszystkich kontynentów świata. A co ważniejsze ujęto w nim bardzo długie szeregi czasowe – liczące nawet ponad 60 lat (USA i Wielka Brytania). W tym zestawieniu znalazła się i Polska (dane za lata 1991-2022).
W których krajach jelenie mogą liczyć na najbardziej lukratywne zyski? Czołowa piątka to Katar (257,2%), ZEA (186,4%), Arabia Saudyjska (179,2%), Chiny (155,7%) i Jordania (149,0%). Polska znalazła się w dolnych rejonach tego rankingu (12,4%).
Gdy przygotowywałem poniższą infografikę, pokazującą średnie stopy zwrotu z IPO, zastanowił mnie zestaw państw, w których jelenie miały najlepsze pastwiska.
Dlatego postanowiłem dołączyć do rankingu indeks demokracji przygotowywany przez Economist Intelligence Unit (EIU). Grupuje on kraje w skali 0-10, przy czym im wyższa wartość wskaźnika, tym zdaniem EIU państwo jest bardziej demokratyczne.
W górnej połówce zestawienia znalazło się sporo państw, które nie słyną z najwyższych wskaźników indeksu demokracji. Hipotez, dlaczego tak się dzieje jest pewnie trochę, ale w literaturze przedmiotu nie znalazłem jakiegoś przekonującego, przynajmniej mnie, wyjaśnienia, skąd to wynika.

Źródło: opracowanie własne na podstawie Loughran et al. (2024) i EIU
20 lat IPO w warunkach polskich – jakie płyną wnioski?
Redakcja FXMAG przeanalizowała wszystkie debiuty od 2005 r. Źródłem danych wejściowych była GPW w Warszawie. Badanie objęło spółki bez względu na domicyl emitenta. Nie uwzględniono firm, które dokonały listingu bez pozyskania kapitału. Stopy zwrotu pomiędzy rynkiem pierwotnym i wtórnym zostały policzone przy użyciu kursu zamknięcia z pierwszego dnia notowań. Gdy spółka najpierw wprowadziła do obrotu giełdowego prawa do akcji (PDA), to były one brane pod uwagę jako instrument referencyjny do wyliczenia stopy zwrotu. Ponadto, gdy oferta miała zróżnicowane cenowo serie akcji (np. skierowane do pracowników lub innych podmiotów), to uwzględniona została najwyższa cena w IPO.
Przy tak skonstruowanej metodologii kluczowy wniosek, który płynie z analizy jest zadowalający dla jeleni. Na ofertach da się zarabiać – średnia wyniosła 9,9%, natomiast mediana 3,8%.
IPO, które przyniosły stratę na debiucie, stanowiły 29% ogółu ofert. W większości przypadków strata nie była nadmiernie dolegliwa – jednocyfrowa. Niemniej, 6,5% emitentów odnotowało dwucyfrowy spadek w porównaniu z ceną sprzedaży na rynku pierwotnym.
A jak wyglądała druga strona medalu? Ponad 16% ofert publicznych zakończyło się dwucyfrowymi zyskami na debiucie giełdowym.
Następnie spółki zostały podzielone ze względu na rozmiar pozyskiwanego kapitału/wartość sprzedawanych akcji na 6 kategorii:
- miliarderzy – powyżej 1 mld zł,
- dwusetnicy – 200-1000 mln zł,
- setnicy – 100-200 mln zł,
- duzi dziesiętnicy – 50-100 mln zł,
- średni dziesiętnicy – 20-50 mln zł,
- mali dziesiętnicy - <20 mln zł.
W mojej opinii, są dwa wnioski z analizy tak skategoryzowanych IPO.
Po pierwsze, polski rynek w latach 2005-2004 stał detalicznymi IPO – 70% to były oferty poniżej 100 mln zł. A one z racji swoich rozmiarów nie mają szans przyciągnąć kapitału zagranicznego z prawdziwego zdarzenia. Na drugim biegunie są duże IPO (co najmniej 200 mln zł) – w tym przypadku, w szczególności, gdy odnieść się do kategorii „miliarderów”, jest już spora szansa, że niektóre fundusze ukierunkowane na rynki wschodzące, mogą być zainteresowane uczestnictwem w transakcjach.
Po drugie, jakiejś wyraźnej prawidłowości w rozkładzie stóp zwrotu (na wzór wyników uzyskanych przez Jay R. Rittera) nie da się wyodrębnić.

Źródło: opracowanie własne na podstawie GPW w Warszawie
Zobacz również: Akcje Żabki tracą grunt pod nogami. Debiutant nie ma lekko na GPW
Komentarze
Sortuj według: Najistotniejsze
Nie ma jeszcze komentarzy. Skomentuj jako pierwszy i rozpocznij dyskusję