W trakcie każdej hossy na rynku akcji przychodzi moment, w którym inwestorzy coraz częściej zadają sobie pytania: czy wzrosty nie zaszły za daleko? Czy szczyt już za nami i teraz nadeszła pora na wielomiesięczny trend spadkowy? Obawy inwestorów powodują, że zaczynają oni szukać wyraźnego zwiastuna końca hossy. Jest to jednak wyzwanie pełne pułapek.
W literaturze nie brakuje przykładów na to, co może zwiastować kres rynku byka. Najbardziej oczywistym z nich jest zrównanie szczytów ostatniej hossy. Natomiast dalszy ruch w górę i nowe, historyczne rekordy to już droga w nieznane. Analiza techniczna oferuje narzędzia w postaci rozszerzeń Fibonacciego lub zasięgów wybicia, wyznaczonych na podstawie ukształtowanych formacji. Jednakże dalszy zasięg wzrostów coraz trudniej zdefiniować, co daje inwestorom pretekst do realizacji zysków. Wówczas analiza wykresów dostarcza narzędzi do wskazania znaków ostrzegawczych. Wyznaczenie niższych szczytów i niższych dołków to zawsze zły omen i zapowiedź słabości kupujących. Podobnie przełamanie długoterminowych średnich ruchomych (np. 200-sesyjnej) jest traktowane jako kryzys trendu. Problem w tym, że indeks giełdowy nie porusza się jak rakieta, po gładkiej trajektorii. Krótkoterminowa korekta to naturalne i konieczne zjawisko, które pomaga rosnąć rynkowi w dłuższym okresie. Co więcej, techniczne sygnały odwrócenia trendu często negowane są w podobny sposób, jak wcześniej kwestionowana była trwałość wzrostów. Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to, kiedy korekta jest tylko korektą lub przełamanie jakiego wsparcia należy uznać za definitywny odwrót. Żaden inwestor na początku bessy nie chce pozostać ostatnim z akcjami w portfelu. Podobnie nikt nie chce przegapić okazji, by podkupić na finiszu korekty, jeśli rynek znowu zaczyna rosnąć. Tak właśnie powstały powiedzenia „fałszywe przełamania” i „wycinanie stop lossów”, które utrudniają skuteczne wyznaczenie zwiastunów zmiany trendu. Często za oficjalne wejście w rynek niedźwiedzia przyjmuje się spadek o 20% od szczytu, ale na takim etapie mowa już nie o sygnale ostrzegawczym, lecz o fakcie.
Przy ocenie zwiastunów końca hossy, pułapki trafiają się także w przypadku analizy wolumenu transakcji oraz interpretacji popularnych wskaźników nastrojów. Przyjmuje się, że przy spadających obrotach, kolejne szczyty są niepokojącym sygnałem wyczerpania siły do wzrostów. Samochód przejedzie taki dystans, na jaki wystarczy mu paliwa w baku, chyba że… paliwo zostanie uzupełnione. Podobnie jest z rynkiem akcji. Spadek obrotów może wiązać się z wyczerpaniem informacji, które rynek może dyskontować dalszymi wzrostami. Odwrót i realizacja zysków będą miały miejsce tylko wówczas, gdy rynek nie otrzyma nowego „paliwa”. Jeśli inwestorzy są wystarczająco cierpliwi, mogą poczekać na nowy impuls wzrostowy bez wywoływania głębszej korekty. Wtedy spadek obrotów okaże się fałszywym sygnałem.
Również słynny „indeks strachu” potrafi pokazać większe oczy, niż w rzeczywistości posiada. Indeks VIX, tj. indeks oczekiwanej zmienności indeksu S&P500 w ciągu następnych 30 dni, służy do oceny ryzyka gwałtownych zmian rynkowych. Wyliczany jest w oparciu o ceny opcji na indeks S&P500 i rośnie, gdy wzrasta popyt (i ceny) na te instrumenty pochodne. Pomimo tego, że w teorii zmiany mogą być obustronne, budowa indeksu i natura inwestorów często powodują, że skoki indeksu oznaczają podwyższone ryzyko spadków na giełdzie. Dlaczego? Ponieważ to posiadacze portfeli akcyjnych są bardziej zainteresowani zabezpieczeniem swoich aktywów przed utratą wartości. Nadzwyczajna ostrożność inwestorów nie musi skutkować nadejściem katastrofy. Kupując ubezpieczenie od kradzieży domu, nie liczymy przecież na to, że jutro wejdzie do niego złodziej. Podwyższony poziom indeksu VIX (tj. obecnie ok. 20 w porównaniu do przedkryzysowych 13) jeszcze nie oznacza, że hossa jest na wykończeniu. Przyjęło się, że wyskoki powyżej 30 powinny być sygnałem ostrzegawczym. Tyle tylko że od połowy 2020 r. takich epizodów było pięć, a hossa dalej trwa...
Pozostają jeszcze czynniki fundamentalne, w przypadku których poważne zmiany gospodarcze skutkują załamaniem rynkowym. Problem w tym, że „z bessą jest jak z grypą” – nigdy nie chorujemy dwa razy na tę samą. Owszem, recesja gospodarcza idzie w parze ze spadkami na giełdzie, ale tak jak uczestnicy rynku akcji nie lubią bessy, tak i decydenci w rządzie i banku centralnym robią wszystko, by uniknąć dekoniunktury. Inwestorzy i decydenci uczą się, jak unikać negatywnego rozwoju wypadków. W rezultacie żaden kryzys nie zdarza się dwa razy w tej samej formie. Bańka internetowa z 2001 r. pękła, gdy inwestorzy wystraszyli się przerwania dopływu kapitału inwestycyjnego w przewartościowane spółki, których wycena oparta była na pustych obietnicach krociowych zysków. Kryzys z lat 2007-2009 miał swoje źródło w rynku nieruchomości i tanim kredycie. W 2020 r. za załamanie rynku odpowiadała pandemia SARS-CoV-2. Można doszukać się wspólnych cech tych kryzysów takich, jak panika, spadek zaufania inwestorów, ucieczka w bardziej płynne aktywa. Jednakże są to raczej znamiona już rozpoczętej bessy, a nie jej zwiastuny.
Po kryzysie finansowym z 2009 r. zatarły się dotychczasowe zależności między sygnałami z gospodarki, decyzjami politycznymi (fiskalnymi i monetarnymi) a reakcją rynku akcji. W teorii, tani kredyt jest przyjacielem wzrostów rynku akcji, a podwyżki stóp procentowych powinny zapowiadać koniec hossy. Ta zależność traci jednak moc w środowisku zerowych (i ujemnych) stóp procentowych. Jeszcze przez wiele lat, bardziej niż zmiana stóp procentowych, liczyć się będzie ich nominalny poziom. Mit mówiący o tym, że „rosnące stopy procentowe są złe dla rynku akcji” został obalony na początku tego roku. Wówczas, nagły rajd rentowności obligacji skarbowych USA miał zwiastować kres obecnej hossy. Oprocentowanie 10-letnich obligacji wzrosło z 0,90% do 1,70%. Niemal podwojenie kosztu długu brzmiało jak wyrok śmierci dla wycen spółek wzrostowych (wyższe oprocentowanie do większa redukcja wartości przyszłych zysków). Jeśli jednak zaznaczymy, że w okresie hossy 2009-2020 średnie oprocentowanie 10-latek wynosiło 2,46%, to okaże się, że stopy procentowe w USA wciąż są wystarczająco niskie, by mogły zagrozić rynkowi akcji. Aktualnie rentowności pozostają wysoko, a indeksy na Wall Street i tak poprawiają szczyty.
Czy w zachowaniu rynku długu USA niesłusznie doszukujemy się następnego źródła zakończenia hossy na rynku akcji? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. To, kiedy stopy procentowe zaczną być za wysokie i spowodują spadek zaufania inwestorów do wysokich wycen spółek giełdowych, zależy głównie od interpretacji, jaką przyjmie większość uczestników rynku. Jest to wniosek, który wyłania się z przeglądu wszystkich wskazanych powyżej potencjalnych zwiastunów końca hossy i tego, w jaki sposób mogą one dawać fałszywe sygnały. Zbiorowa świadomość uczestników rynku jest główną siłą decydującą o tym, co będzie ostatecznym katalizatorem wyprzedaży akcji. Obecnie znaczenie tej siły jest jeszcze większe, ponieważ w trakcie pandemii i wymuszonych lock-downów grono inwestorów powiększyło się o użytkowników aplikacji „wygodnych dla handlu”. Taki przykład stanowi Robinhood, gdzie grupa inwestorów, bardziej niż inna, liczy na wysokie stopy zwrotu i mierzy swój sukces tym, jak dużo jest w stanie zarobić w ciągu jednego dnia. Dla części z nich inwestowanie to chwilowa moda, chęć bycia częścią popularnego zjawiska. Wyhamowanie trendu wzrostowego na rynku może być dla nich zbyt nudne i skłaniać do przejścia na inne, bardziej dynamiczne rynki (np. kontrakty na surowce, kryptowaluty). Ich masowy odwrót od akcji może pojawić się znikąd i będzie nie do zmierzenia tradycyjnymi narzędziami.
Konkludując, dopóki handlowanie przy pomocy smartfona pozostaje nieodpartą pokusą, hossa ma zapewnione paliwo. Wypatrujmy zatem, kiedy ta moda zacznie przemijać.
















































































Komentarze
Sortuj według: Najistotniejsze
Nie ma jeszcze komentarzy. Skomentuj jako pierwszy i rozpocznij dyskusję