Najpierw LPP, teraz CCC stały się celem krótkiej sprzedaży podlanej nieprzychylnym raportem
Mało która spółka w ostatnich dniach na

Mało która spółka w ostatnich dniach na

Po raz drugi nad Wisłę zawitali mroczni rycerze Wall Street. W taki żargonowy sposób niektórzy określają aktywistów krótkiej sprzedaży, a ściślej mówiąc sprzedających na krótko, którym towarzyszy publiczna kampania (ang. public short campaigns, skrót: PCS). To dość specyficzna grupa inwestorów, którą od typowych short-sellersów odróżnia to, że nie pozostają w ciszy z „sypaniem” pożyczonymi akcjami, tylko specjalnie nadają rozgłos publiczny swoim poczynaniom.
Oba plemiona sprzedających na krótko łączy to, że aby zaangażowanie się w transakcję miało sens biznesowy, to:
- muszą pożyczyć od kogoś akcje,
- trafnie przewidzieć to, że dojdzie do spadku,
- ponieść koszt pożyczki i,
- odkupić w obrocie pożyczone papiery.
Poświęćmy kilka chwil na wyjaśnienie mechaniki opłacalności krótkiej sprzedaży, bo nie jest ona tak dobrze rozumiana jak zajęcie pozycji długiej na rynku kasowym, co wiąże się z prostym kupnem instrumentu finansowego za gotówkę. W krótkiej sprzedaży jest trochę podobnie, tylko na odwrót. Przedmiotem krótkiej sprzedaży mogą być różne instrumenty finansowe, lecz ograniczę się wyłącznie do akcji.
Poza pomysłem inwestor musi znaleźć stronę, która pożyczy mu papiery do krótkiej sprzedaży. Bezpośrednio udostępniają je firmy brokerskie, o ile ich klienci wyrażą zgodę na to, aby walory mogły być pożyczane. Pośrednio źródłem podaży dla pożyczek papierów wartościowych są najczęściej instytucje finansowe zorientowane długoterminowo, czyli fundusze emerytalne, fundusze inwestycyjne, firmy zarządzające aktywami, towarzystwa ubezpieczeniowe, a nawet kluczowi akcjonariusze.
Kluczem dla sprzedającego na krótko jest liczba akcji pozostających w wolnym obrocie (free-float), bo w skrajnym przypadku może okazać się tak, że papiery są „zachomikowane” przez wielu inwestorów, z których żaden sobie nie życzy pożyczania. Niska liczba akcji w wolnym obrocie często skutkuje m. in. tym, że koszt pożyczki może być ponadstandardowy. Już z tego powodu short-sellersi szukają okazji inwestycyjnych wśród papierów najbardziej płynnych z powodu niskiego spreadu między najkorzystniejszymi ofertami kupna i sprzedaży, które cechuje wysoki poziom free-float.
Następnym krokiem mechaniki jest trafne przewidzenie kierunku, w którym będą poruszały się akcje. Naturalną koleją rzeczy jest to, że chodzi o spadek. Przykładowo, inwestor sprzedaje pożyczone papiery na giełdzie po 100 dol. za sztukę, a po pewnym czasie jego założenia się spełniają, gdyż akcje idą w dół do 75 dol. Do zainkasowania wówczas ma zysk na akcję w wysokości 25 dol., który jest pomniejszony o koszty prowizji maklerskiej i koszt pożyczki, od której odsetki naliczane są codziennie.
Warto pamiętać o tym, że inwestycja short-sellersa jest asymetryczna. Polega to na tym, że może on maksymalnie zarobić 100%, jeśli cena akcji „wyzeruje się”. To zupełnie inna sytuacja niż inwestora, który kupił akcje. On też jest w stanie maksymalnie stracić 100%, ale przy optymistycznych powiewach kurs może zwielokrotnić się. Taka perspektywa przyprawia sprzedających na krótko o mdłości. Bo wiedzą, że mogą zarobić maksymalnie 100%, ale jak sprawy potoczą się nie po ich myśli (np. cena wystrzeli o 500%), to przyjdzie im bardzo dużo dołożyć do interesu.
Pozycja sprzedającego wymaga dużo więcej zaangażowanego kapitału. W warunkach amerykańskich funkcjonuje Regulation T, uchwalona w celu właściwego operowania ryzykiem przez Zarząd Rezerwy Federalnej. Zgodnie z tą zasadą krótka sprzedaż wymaga depozytu równego 150% wartości pozycji w momencie realizacji krótkiej sprzedaży. Czyli powinniśmy mieć 100% pieniędzy na pożyczenie akcji, a do tego zapewnić dodatkowe 50% na wszelki wypadek, gdyby sprawy przybrały niepożądany obrót (kurs zacząłby rosnąć, generując dla nas stratę z inwestycji).
Sprzedający na krótko muszą się przy tym liczyć z wartością pieniądza w czasie. Nie towarzyszy im podejście, które charakteryzuje niektórych posiadaczy akcji: nie ma co się przejmować spadkami, bo kiedyś papiery odbiją, a ich trzymanie nic mnie nie kosztuje. Pożyczka dla short-sellersów jest oprocentowana. Dlatego nie mogą sobie oni pozwolić na wspomniane machnięcie ręką, że kiedyś będzie lepiej, gdyż stan ich konta brokerskiego nieustannie będą „podżerać” odsetki.
Koszt pożyczki zmienia się w czasie. Aktualizacja tego następuje co sesję, co jest uzależnione m. in. od liczby akcji pozostałych do pożyczenia, zmienności kursowej akcji, poziomu stóp procentowych. Co ważne w zależności od brokera pożyczającego mogą występować, choć niewielkie, ale jednak, różnice. Nie ma jednej tabeli kosztu pożyczek dla danego rynku giełdowego.
Czasami te stawki mogą przyprawiać o ból głowy. Żeby udowodnić to twierdzenie przejrzałem ponad 10 tys. spółek publicznych z całego świata. Na poniższej infografice mamy trzy topki – dziesięciu spółek bez względu na przynależność sektorową (Świat), dziesięciu spółek rozpoznawalnych przez konsumentów (Świat – marki konsumenckie) i dziesięciu spółek z naszego kraju (Polska). Kryterium kwalifikacji była jak najwyższa stopa procentowa pożyczki (w skali roku).
Prawdopodobnie, gdy ktoś chciał pożyczyć akcje francuskiego Kalraya przy stopie ponad 1000%, to dwa razy zastanowił się, czy chce to zrobić. W Polsce najwyższe oprocentowanie – powyżej 20% - towarzyszy akcjom 11bit studios, Lubawy i Arctic Paper. CCC plasuje się na ósmym miejscu w tabeli z 6%.


Źródło: opracowanie własne na podstawie CMC (data referencyjna 24 października 2025)
Trudne życie sprzedającego na krótko wieńczy transakcja kupna pożyczonych akcji. I dopiero wtedy przychodzi czas na podsumowanie tego, czy asymetryczny zakład, obciążony kosztem pożyczki, naprawdę się opłacił.
W mediach naturalnie panuje polowanie na czarownice krótkiej sprzedaży, bo jak to tak, skoro rynki akcji na dłuższą metę rosną, to jakim prawem pojawiają się kontestujący w praktyce to „boskie prawo”. W celu zrozumienia, czym dokładnie jest krótka sprzedaż, to warto trochę pohandlować w ten sposób, żeby się przekonać, jaki to przyjemny kawałek chleba, bo w przeciwnym razie pozostaje się takim kanapowym generałem.
Moim zdaniem sprzedający na krótko pełnią ważną funkcję w ekosystemie finansowym. Z jednej strony ich rolą jest wyławianie najsłabszych antylop w stadzie spółek, które nie rokują, bo mają różnorakie problemy. Może chodzić o wadliwy model biznesowy, „rozjazd” między publicznymi deklaracjami a rzeczywiście generowanymi wynikami finansowym, kwestie konfliktu interesów pomiędzy zarządami a akcjonariuszami, nieprawidłowo prowadzone księgi rachunkowe, czy w najbardziej drastycznych przypadkach po prostu przestępstwa białych kołnierzyków. Z drugiej strony short-sellersi są dostawcami płynności na rynkach, a także pieniędzy odsetkowych dla posiadaczy pozycji długich. Ponadto sprzyjają lepszej alokacji kapitału i weryfikują odzwierciedlenie wyceny rynkowej wobec wartości godziwej akcji.
Warren Buffett jest zdania, że osoby zajmujące się krótką sprzedażą mają tendencję do wyczuwania złych uczynków i podejrzanych zachowań.
"Nie ma nic złego, per se, moim zdaniem w sprzedawaniu rzeczy krótko. Krótka sprzedaż […] bardzo często okazywały się później oszustwami lub półoszustwami” – powiedziała kiedyś Wyrocznia z Omaha.
Sprzedaż na krótko naturalnie nie podoba się menedżerom. Nikt nie lubi, gdy wytyka mu się palcem zaniedbania, bo to może skutkować pozbawieniem go przez radę nadzorczą funkcji zarządczych. Co więcej, w gospodarkach rozwiniętych działa wiele programów opcji motywacyjnych, których warunkiem uruchomienia może być cena rynkowa lub inne parametry finansowe. Stąd częstą reakcją na krótką sprzedaż jest krytyka ze strony zarządów. Z tą krytyką, a zwłaszcza zapowiedziami wszczęcia akcji prawnych, warto zachować umiar.
Owen Lamont, profesor z Yale School of Management napisał dwie dekady temu artykuł, w którym przeanalizował 266 firm, grożących lub podejmujących działania prawne przeciwko inwestorom sprzedającym na krótko. Analiza Lamonta wykazała, że akcje takich podmiotów zachowywały się średnio o prawie 2 pkt proc. miesięcznie gorzej niż indeks w ciągu roku po tym, gdy zarządy firm publicznych potępiły swoich sceptyków.
Każde środowisko ma swoją legendę. W kręgu short-sellersów na pewno jedną z nich jest Jim Chanos z Kynikos Associates. Wprawdzie w 2023 r. zamknął on swój fundusz, to jego nazwisko jest wciąż nabożnie wymawiane ze względu na jego wielokrotną przenikliwość w typowanie firm, których akcje warto szortować.
Niewiele zapowiadało, że Jim Chanos stanie się ikoną sprzedających na krótko. Ten urodzony 24 grudnia 1957 r. w robotniczym Milwaukee w stanie Wisconsin mężczyzna dorastał w rodzinie greckich imigrantów, która prowadziła sieć pralni chemicznych. Biznesem i rynkami finansowymi zainteresował się jeszcze w szkole średniej. Po ukończeniu Wylie E. Groves High School, rozpoczął studia na Uniwersytecie Yale, gdzie studiował ekonomię i nauki polityczne. Żeby sfinansować naukę Chanos pracował w wakacje jako robotnik hutniczy, stąd być może jak mało kto rozumiał, co to znaczy „dorzucić do pieca”. A wrzutek do pieca, czyli bardzo trafnych typów inwestycyjnych, miał niemało.
Po studiach zaczął pracować w banku inwestycyjnym Blyth Eastman Paine Webber jako młodszy analityk. Po zdobyciu pierwszych szlifów w zawodzie, w 1982 roku dołączył do Gilford Securities, małej detalicznej firmy maklerskiej, w której dokonał pierwszego poważnego odkrycia. Dotyczyło to Baldwin-United, firmy produkującej fortepiany, która przekształciła się w wyniku przejęć w konglomerat usług finansowych. Chanos zaczął badać firmę, dzięki czemu spostrzegł, że spółka wykorzystywała rezerwy ubezpieczeniowe do finansowania przejęć, co było praktyką naruszającą standardy regulacyjne i maskującą prawdziwą sytuację finansową Baldwin-United.
W związku z tym wydał w sierpniu 1982 r. rekomendację „sprzedaj”, gdy akcje spółki rynek wyceniał na 24 dol. Parę miesięcy później okazało się, że miał rację. W Wigilię Bożego Narodzenia 1982 roku organy nadzoru ubezpieczeniowego w Arkansas przejęły spółki zależne Baldwin-United, a w ciągu roku firma złożyła wniosek o największe wówczas bankructwo w historii USA.
Odkrycie Chanosa wbrew głównemu nurtowi rynkowemu sprawiło, że przyciągnął uwagę najmożniejszych amerykańskiego świata rynku kapitałowego. Trafił do Deutsche Banku, gdzie analizował obligacje śmieciowe Michaela Milkena i operacje Drexel Burnham Lambert. To na kanwie tej postaci i tej firmy Oliver Stone nakręcił film „Wall Street” z Michaelem Douglasem i Charliem Sheenem w rolach głównych.
Wreszcie w 1985 r. w wieku 28 lat Chanos założył własną firmę inwestycyjną z kapitałem początkowym w wysokości 16 mln dol. Nosiła ona nazwę Kynikos Associates (od greckiego słowa "cynik"). Kynikos specjalizowało się wyłącznie w krótkiej sprzedaży. W swojej karierze Chanos i jego zespół trafnie zidentyfikowali spółki, które w końcu popadły w poważne tarapaty finansowe takie m. in. jak: Tyco, WorldCom, Coleco, Luckin Coffee, lecz najwięcej splendoru przydał Enron.
W październiku 2000 r. uwagę inwestora zwrócił uwagę jeden z wydawałoby się niewiele znaczących przypisów do kwartalnego sprawozdania spółki. Rynek był zachwycony rozwojem Enronu, a analitycy niestrudzenie wystawiali rekomendacje „kupuj”. Jego akcje pruły wciąż wzwyż, po tym jak potroiły swoją wartość w ciągu poprzednich dwóch lat. Firma była uznawana za jedną z najbardziej innowacyjnych korporacji w Ameryce, pioniera przekształcającego przemysł energetyczny dzięki wyrafinowanym strategiom handlowym. Chanos zorientował się, że prawdziwy obraz konglomeratu wygląda zupełnie inaczej niż głoszą to sprawozdania finansowe. W związku z tym rozpoczął sprzedaż akcji Enronu na krótko.
Kiedy na początku 2001 r. podzielił się publicznie swoim sceptycyzmem spotkał się z odrzuceniem, a nawet stał się obiektem drwin. Jeden z dyrektorów Enronu kpiąco podziękował mu za to, że sprzedaje na krótko akcje koncernu, ponieważ dzięki temu pracownicy spółki mogli kupować więcej akcji po niższej cenie. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. W końcu w grudniu 2001 roku Enron złożył wniosek o największe bankructwo korporacyjne w historii Ameryki. Z ceny akcji, które kiedyś kosztowały ponad 90 dol. pozostały nędzne centy. A pogłoski donoszą, że Chanos na swojej inwestycji zarobił 500 mln dol.
Typowy sprzedający raczej pozostaje w cieniu. Unika afiszowania się swoimi zapatrywaniami na rynek. Wyjątkiem od tej zasady są przywołani na początku tej analizy mroczni rycerze herbu PSC. Chodzi o inwestorów, którzy prowadzą długotrwałe badania, mające na celu uzasadnienie racji stojącej za zajęciem krótkiej pozycji, po czym dzielą się publicznie swoimi spostrzeżeniami (raport z badania pojawia się w momencie, gdy inwestor ma już otwartą pozycję krótką w akcjach stanowiących przedmiot analizy).
W zeszłym roku jeden z nich – Hindenburg Research (HR) – wziął na cel polskie LPP, zarzucając spółce, że wbrew deklaracjom wcale nie wycofała się z handlu odzieżą w Rosji. Opracowanie w tej sprawie znajdziesz tutaj: https://hindenburgresearch.com/lpp/. 15 marca 2024 kurs firmy runął o prawie 36%, co zachwiało nie tylko jej notowaniami, ale i WIG20. Marek Piechocki, prezes zarządu gdańskiej firmy, zaprzeczał rewelacjom analityków HR. Początkowa wyprzedaż akcji LPP w końcu została powstrzymana, a kurs ostatecznie powrócił powyżej poziomu sprzed negatywnych doniesień Hindenburga. Sprawie przyjrzała się KNF, która miała pewne zastrzeżenia co do sposobu informowania o sprzedaży udziałów w rosyjskiej Re Trading OOO w maju 2022 r., dlatego nałożyła na emitenta karę pieniężną.


Źródło: opracowanie własne na podstawie TradingView
16 października br. światło dzienne ujrzał raport innego aktywisty sprzedającego – Ningi Research (NR), dotyczący innej spółki z WIG20 – CCC. Przeczytasz go pod tym linkiem. Dariusz Miłek, szef spółki, ocenił, że informacje podane przez NR są wyssane z palca. Nie zapobiegło to temu, że kurs zarządzanej przez niego firmy 16 października zniżkował o 5,3%, a w sesyjnym minimum przecena sięgnęła nawet 14,6%.
Był to drugi w historii naszego rynku przypadek, gdy akcjom spółki przyszło zmierzyć się z niepochlebnym raportem sporządzonym przez PSC. Stąd być może brakuje polskim menedżerom obycia, co właściwie należy robić w takim przypadku. Wydaje się, że doświadczenia rynków rozwiniętych podpowiadają dwa kluczowe rozwiązania.
Po pierwsze, wyczerpująco i merytorycznie należy odnieść się do rewelacji mrocznych rycerzy. Narracja typu „bullshit” nie jest przekonująca, bo tutaj nie chodzi jedynie o dobre samopoczucie zarządów czy kluczowych akcjonariuszy, którzy z racji asymetrii wiedzą dużo więcej niż przeciętny Kowalski. Inwestorzy oczekują dokładnego wyjaśnienia, dlaczego zdaniem spółki raportowi short-sellersów daleko od prawdy.
W przeciwnym razie zapamięta on, w jaki sposób postąpił zarząd i może stronić od akcji, a to przecież towar jak każdy inny, więc nabywcy należy się precyzyjna informacja. Można oczywiście pójść po bandzie, jak kiedyś zarząd Svenska Cellulosa, który nazwał raport NR „niepoważnym wypracowaniem na poziomie szkoły średniej”, lecz zamiast buńczuczności umiar nakazuje raczej bardziej wyważoną reakcję. A przede wszystkim opartą na dowodach, a nie emocjach.
Po drugie, groźba ewentualnego pozwu wobec PSC nie powinna być rzucana w próżnię. Jeżeli spółka, której nie brak pieniędzy na prawników czuje się pokrzywdzona, to pozostaje dochodzenie sprawiedliwości na drodze prawnej. A nawet, jeżeli kończy się to tylko pod kątem potencjalnego dochodzenia swoich roszczeń, to nie od rzeczy powiadomić akcjonariuszy, co dokładnie ustalono podczas tego przeglądu.
O wiele lepiej wiedzą, jak należy postępować z przypadkami „najazdu” PSC menedżerowie spółek publicznych z największych rynków. Na świecie działa kilkadziesiąt podmiotów, działających w obszarze krótkiej sprzedaży, czemu towarzyszy informowania o ustaleniach ze „śledztw” na niwie publicznej. Najsłynniejszym przedstawicielem tego nurtu był Hindenburg Research, który zaprzestał działalności 15 stycznia 2025.
„Po co więc teraz się rozwiązać? Nie ma jednej konkretnej rzeczy – żadnego szczególnego zagrożenia, żadnego problemu zdrowotnego ani żadnego wielkiego problemu osobistego” – napisał w pożegnalnym liście Nate Anderson, założyciel HR.
„Oszustwa, korupcja i negatywne nastawienie często wydają się przytłaczające. Na początku poczucie sprawiedliwości było zwykle nieuchwytne. Kiedy to się stało, było to niezwykle satysfakcjonujące. To nas napędzało, kiedy tego potrzebowaliśmy. I w końcu wywarliśmy wpływ – więcej, niż sobie wyobrażałem na początku. Prawie 100 osób zostało oskarżonych cywilnie lub karnie przez organy regulacyjne, przynajmniej częściowo dzięki naszej pracy, w tym miliarderom i oligarchom. Potrząsnęliśmy niektórymi imperiami, które naszym zdaniem wymagały wstrząsu” – dodał.
HR należał do najbardziej opiniotwórczych i najpłodniejszych twórców w nurcie PSC. W latach 2021-2023 spółka przygotowała prawie 30 raportów (26), które identyfikowały różne nieprawidłowości w spółkach publicznych. Następni autorzy w kolejce byli mniej intensywni. W czołówce wyróżnili się jeszcze Iceberg Research (11), Culper Research (11), Viceroy Research (9), Night Market Research (7) i White Diamond (7). Panteon sław w tym obszarze uzupełniają m. in. zoologicznie brzmiące Fuzzy Panda, Capybara, Friendly Bear, Blue Orca, Grizzly, Wolfspeed i Scorpion Capital.
Pod względem geograficznym raporty PSC najczęściej dotyczyły spółek z USA, Chin i Kanady. Łącznie w latach 2021-2023 inwestorzy sprzedający na krótko, którzy podejmują się kampanii publicznych upowszechniających stworzony przez nich kontent, stworzyli 377 raportów.


Źródło: opracowanie własne na podstawie Breakout Point
W sierpniu tego roku czterech badaczy z USA, Chin i Francji Mark Bradshaw, Janja Brendel, Luc Paugam, Yike Wang opublikowali ciekawe opracowanie na łamach SSRN, które pokazuje motywy działania short-sellersów. Przeczytasz je pod tym linkiem.
Badanie jest unikalne m. in. z tego powodu, że opierało się na wywiadach z czołowymi inwestorami, którzy specjalizują się w sprzedaży na krótko. W tej grupie byli: Sahm Adrangi z Kerrisdale Capital, Adam Gefvert z White Diamond Research, Soren Aandahl z Blue Orca Capital, Carson Block z Muddy Waters Capital, Siegfried Eggert z Grizzly Research, Jon Carnes z Alfred Little, Daniel Yu z Gotham City Research i Dan David z Wolfpack Research. Wśród nich zabrakło Petera Ridlingtona, szefa Ningi Research, ale bez dwóch zdań czwórka autorów badania wymieniła poglądy ze śmietanką biznesu PSC.
PSC zwracają uwagę na to, gdy informacje podawane przez spółki publiczne wyglądają zbyt idyllicznie. Bo może za tym kryć się drugie dno w postaci „przelukrowania” historii inwestycyjnej. Podejrzanie wygląda też zbyt szum informacyjny.
„Generowanie pomysłów to... połączenie pomysłów, które rozwijamy wewnętrznie, z pomysłami, które ktoś nam przynosi. Staramy się rozpoznawać wzorce. Często rzeczy, które wydają się zbyt piękne, aby były prawdziwe, lub zbyt dużo szumu informacyjnego w wypowiedziach kierownictwa wyższego szczebla podczas telekonferencji, wywołują głębsze dochodzenie” - wyjaśnił Carson Block z Muddy Waters Capital.
To, co się pojawia w przestrzeni publicznej jest jedynie wycinkiem ustaleń sprzedających na krótko. Dużo więcej pozostaje tajemnicą.
„Kiedy finalizujemy część badawczą, nasze raporty są często dwa lub trzy razy dłuższe niż to, co ostatecznie publikujemy. Wiele kontekstu nie jest konieczne - staje się to zbyt długie. Staramy się przedstawić tezę w naszym podsumowaniu w punktach, a następnie dobrze ją opisać tym, którzy faktycznie przeczytają cały raport” - ujawnił Siegfried Eggert z Grizzly Research.
Źródła informacji nie opierają się wyłącznie na tradycyjnych dokumentach publikowanych przez firmy giełdowe w oficjalnych systemach dystrybucji informacji. Przewagi poszukuje się w danych alternatywnych. Przykładem mogą być zdjęcia satelitarne, dane dotyczące importu/eksportu i dane z kart kredytowych.
„Wykorzystywaliśmy metody takie jak ustawianie kamer na zewnątrz fabryk, identyfikowanie rozbieżności między deklarowaną a obserwowaną produkcją. Zadbaliśmy o weryfikację wszystkiego - znaczników czasu, znaczników lokalizacji, a nawet porównywania warunków pogodowych z lokalnymi prognozami” – uchylił rąbka tajemnicy Jones Carnes z Alfred Little.
Pod kątem przynależności sektorowej przedmiotem „ataku” sprzedających na krótko najczęściej są spółki z biznesu komputerów i oprogramowania (28,4%), ochrony zdrowia (25,2%) i finansów (11,7%).
Według ustaleń badaczy raporty PSC raporty, które zawierają nowe, nieznane wcześniej informacje mają największych potencjał wpływu na cenę akcji. Dla zilustrowania tej tendencji naukowcy policzyli CAR, czyli skumulowaną ponadnormatywną stopę zwrotu (od ang. cumulative abnormal return). CAR jest relatywną miarą stopy zwrotu i mówi, o ile zmieniła się cena w porównaniu z indeksem odniesienia. Gdy indeks zyskał 1%, a aktywo wzrosło o 3%, to CAR wynosi 2%.
Przeciętna stopa zwrotu po publikacji nieprzychylnego spółce raportu na pierwszej sesji wyniosła -6% (lata 2010-2021), po czym stopniowo, choć już w dużo mniejszym stopniu rosła do -7% po tygodniu i do -8,5% (po miesiącu).


Źródło: Bradshaw et al. (2025)
Zapewne niemała część inwestorów jest ciekawa, dokąd zaprowadzi nas sprawa CCC. Ningi Research powstał dopiero w 2022 r. Z tego powodu firma ma na koncie 19 raportów badawczych. Nie wnikam w to, po czyjej stronie w sporze CCC/Ningi jest racja. Istotne jest dla mnie to, w jaki sposób reaguje rynek akcji na doniesienia publikowane przez NR.
W tym celu przygotowałem indeks Ningi12, grupujący 12 firm, wobec których NR wystawił raporty nakłaniające do sprzedaży akcji. Warunkiem znalezienia się w tym gronie było co najmniej 12-miesięczne notowanie papierów od chwili pojawienia się researchu w przestrzeni publicznej. W ten sposób wypadły z zestawienia najświeższe opracowania dla walorów Vita Coco, Graila, Mareksu i Grindra. Ningi12 jest średnią zmian cen składników indeksu. Na czerwono na poniższej infografice mamy dodatkowo naniesione notowania CCC.
W ciągu tygodnia (1W) Ningi12 przeciętnie tracił prawie 8%, przy czym istniała pod tym względem duża rozbieżność pojedynczych składowych indeksu (min-max w prawym górnym rogu infografiki). Jeżeli przyjmiemy, że jest to dobry wskaźnik, to wiele wskazuje na to, że w krótkiej perspektywie potencjał spadkowy dla akcji obuwniczej spółki wyczerpał się. Wręcz można byłoby oczekiwać odreagowania.


Źródło: opracowanie własne na podstawie marketwatch.com
Komentarze
Sortuj według: Najistotniejsze
Nie ma jeszcze komentarzy. Skomentuj jako pierwszy i rozpocznij dyskusję