Reklama
Reklama
Reklama

Płać za możliwość pracy. Rodzi się nowy model zatrudniania

Poszukiwanie pracy to coraz częściej droga przez mękę. Już kiedyś nie było łatwo, a teraz jest jeszcze gorzej. System rekrutacyjny coraz rzadziej daje znać o “przegranej”. Nową normąstaje się brak odpowiedzi zwrotnej. U kandydatów rodzi się stres i desperacja. W Polsce problem ten się nasila, ale zwłaszcza w USA nabrał już takiego rozmiaru, że doszło do czegoś, co niedawno byłoby zupełnie nie do pomyślenia.

Płać za możliwość pracy. Rodzi się nowy model zatrudniania
Unsplash
Reklama
Aa
Udostępnij
facebook
twitter
linkedin
wykop

Spis treści

  1. Niepokojące zmiany na rynku pracy w Stanach Zjednoczonych
    1. W USA trwa „recesja zatrudnienia”
      1. Wśród Amerykanów przeważa pesymizm
        1. Co widzi zwykły Amerykanin? 
          1. Dlaczego amerykańskie firmy przestały zatrudniać?
            1. Czy czeka nas model amerykański?
              1. Wnioski?

                Jeszcze kilka lat temu wyłącznie firmy i pracodawcy ponosily koszty rekrutacji. Dziś coraz częściej płacą… sami kandydaci. Płacą nawet nie za to, żeby pracować, ale za to, żeby w ogóle zostać rozważonym do zatrudnienia. 

                Tacy “odwrotni rekruterzy” w Stanach kasują od kandydatów nawet kilka tysięcy dolarów. Co ważne, nie dają nawet gwarancji zdobycia pracy. Najdziwniejsze jest jednak to, że dzieje się to w momencie, gdy bezrobocie oficjalnie jest niskie, a gospodarka na papierze ma się wyśmienicie. 

                 

                Niepokojące zmiany na rynku pracy w Stanach Zjednoczonych

                Czy Ameryka może być drogowskazem dla przyszłości zatrudnienia w Europie i Polsce? Zwykle, to USA wyprzedza nas zachodzącymi zmianami. Zza oceanu czerpiemy wiele: na przykład modę, fast-foody czy media społecznościowe.

                Miejmy jednak nadzieję, że nie przejmiemy przeciętnego czasu poszukiwania pracy, bo ten w USA trwa już blisko sześć miesięcy, wynika z danych BLS.

                Jednak oficjalne dane pokazują, że amerykańska stopa bezrobocia jest bardzo niska. To zaledwie 4,4%! Tak, to prawdziwa liczba z grudnia 2025. Ekonomiści mówią: ‘to świetny wynik’. Jednak dla zwykłego pracownika to początek problemu, nie jego koniec.

                Reklama

                Twarde dane wcale nie odzwierciedlają zadowolenia z pracy i nastrojów wśród Amerykanów. Gdy statystyki mówią jedno, a życie drugie, to ludzie przestają im wierzyć.

                 

                W USA trwa „recesja zatrudnienia”

                2025 rok był najgorszym w USA pod względem wzrostu zatrudnienia od 22 lat. Niestety, początek 2026 roku przyniósł kontynuację złej passy. Liczba zwolnień w USA w styczniu była najwyższa od 2009 roku, jak oszacował Challenger.

                Co więcej, ogłoszone w styczniu plany zwolnień wśród amerykańskich firmy osiągnęły najwyższy poziom od czasu globalnego kryzysu finansowego. Są one ponad dwukrotnie większe niż w podobnym okresie rok temu. Jednocześnie plany zatrudnienia są najniższe od kilkunastu lat.

                Historycznie takie tempo zatrudniania oznaczało recesję w gospodarce. Tym razem… załamania gospodarczego oficjalnie nie ma. Jednak ludzie wiedzą swoje.

                W efekcie, ludzie trzymają się swojej obecnej pracy. Wielu pracowników czuje się uwięzionymi w swoich miejscach pracy z powodu niskiego poziomu zatrudnienia i obaw przed zwolnieniami. Trwa tzw. “job hugging”, co po polsku nazwać można “trzymaniem się stołka”.

                Reklama

                 

                Wśród Amerykanów przeważa pesymizm

                62% Amerykanów stwierdziło, że spodziewa się wzrostu stopy bezrobocia w ciągu najbliższych 12 miesięcy. W innym sondażu z grudnia, 80% badanych amerykańskich pracowników stwierdziło, że rynek pracy pogorszy się lub nie ulegnie żadnej poprawie w 2026 roku. To wynik badania firmy Monster.

                Taki stan rzeczy jest niebezpieczny. Buduje on bowiem oczekiwania, które działają jak samospełniająca się przepowiednia. Ludzie spodziewając się nadejścia złego, działają już tak, jakby ono już trwało, przez co mogą doprowadzaić do spełnienia się złego scenariusza. A podwaliny do tego już są. Teraz dochodzą do tego słabe nastroje.

                Niektóre statystyki są wręcz rekordowo niskie. Na przykład, Amerykanie ankietowani przez Rezerwę Federalną w grudniu ocenili swoje szanse na znalezienie nowej pracy po zwolnieniu w ciągu trzech miesięcy na zaledwie 45%. Tak niskiego poziomu szans nie odnotowano w Stanach jeszcze nigdy.

                 

                Co widzi zwykły Amerykanin? 

                Widzi jedną ofertę pracy. Na to stanowisko swoje CV składa około 200 kandydatów. Tylko 6 osób dostaje się na rozmowę rekrutacyjną, wynika z danych Careerplug. A potem, tylko jedna osoba z tych 200, które przesłało CV, dostanie pracę. 

                Reklama

                Spójrzmy na to inaczej. Przeciętny amerykański pracownik musi zaaplikować do aż 42 miejsc, aby trafić na rozmowę o pracę. Oczywiście, niektórym możę się udać za pierwszym razem, innym za dwusetnym, a może trzysetnym. Rekordziści, o których wiadomo, składali nawet kilkaset CV.

                A najgorsze? Często, stystem nie informuje o przegranej. Po prostu przestaje odpowiadać. Możliwe jest wręcz, że żadnej oferty pracy nawet nie było. Jak to?

                Niektóre ogłoszenia o pracę są wprost fałszywe. Są to np. „wiecznie aktualne” oferty. Firma może je publikować by stworzyć wrażenie rozwoju lub zbudować bazę CV, nawet gdy nie ma poważnych zamiarów zatrudnienia. Dla kandydatów oznacza to zmarnowany czas i narastanie frustracji z niepowodzenia.

                W efekcie, statystyki wyglądają dobrze, ale realnych wakatów jest mniej. W skrócie, nie każda oferta pracy jest ofertą pracy. A konkretnie: nie każda rekrutacja jest prawdziwą rekrutacją.

                 

                Dlaczego amerykańskie firmy przestały zatrudniać?

                Nie ma jednej konkretnej przyczyny. Jest ich wiele. Wszystko sprowadza się jednak do prostej zasady: najbezpieczniejsza decyzja dla amerykańskich firm to dziś… nie robić nic. Spójrzmy zatem na główne czynniki:

                Reklama

                Po pierwsze, polityka celna Donalda Trumpa. Stworzyła ona niepewność, która utrudnia firmom planowanie przyszłości, więc wstrzymują się z zatrudnianiem nowych pracowników.

                Po drugie, kredyty dla firm są relatywnie drogie. To cios szczególnie w mniejsze firmy, które korzystają z wyższego oprocentowania. A w USA blisko połowa biznesów, to małe firmy.

                Po trzecie, wielkie firmy technologiczne i ogółem te z sektora IT redukują zatrudnienie, bo w czasie boomu po pandemii pozatrudniały bardzo dużo pracowników. Teraz, borykają się z ich nadwyżką. I te wielkie spółki niekoniecznie przyznają się do błędu. Po prostu przestają uzupełniać wakaty.

                Po czwarte, pracownicy stosują job hugging i nie odchodzą z dotychczasowych miejsc pracy. To szczególnie ważne, bo większość zatrudnień w danym miesiącu to po prostu zastępowanie osób, które odeszły. Powstaje pętla: ludzie nie odchodzą, bo nie ma ofert oraz… nie ma ofert, bo ludzie nie odchodzą.

                Sprawy nie ułatwia sztuczna inteligencja, która już przejmuje miejsca pracy. Jednak jej wpływ jest bardziej bezpośredni już na etapie rekrutacji. Zmienia ona bowiem decyzje rekruterów i powoduje inne działania firm.

                Przede wszystkim, sztuczna inteligencja przetransformowała proces rekrutacji. Ona coraz częściej zabiera mu ludzki charakter. Spływające aplikacje nie trafiają do “człowieka-rekrutera” tylko do automatu, do maszyny, która przemiela stosy elektronicznych CV, a następnie wypluwa jej zdaniem najlepiej pasującego kandydata, najczęściej na prostej zasadzie: ma mieć odpowiednią liczbę lat doświadczenia, konkretne studia i tak dalej.

                Reklama

                Wszystko kontrolują automatyczne filtry. Taki proces rekrutacji łatwo i tanio wdrożyć, więc zachęca to firmy do większej wybredności. Można nawet rekrutować, gdy stanowiska w ogóle nie ma! CV i tak spłyną, a automat je przeanalizuje.

                Według Światowego Forum Ekonomicznego już 90% firm w USA używa sztucznej inteligencji do rekrutowania kandydatów.

                Tylko w 2024 roku Google otrzymało ponad 3 miliony podań, a McKinsey ponad milion. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji dochodzi do absurdu: coraz częściej za możliwość zdobycia pracy płaci kandydat.

                Tymczasem, rekruterzy powinni działać odwrotnie: to firmy płacą za znalezienie pracowników na trudne do obsadzenia stanowiska. Jednak ze znalezieniem pracy nie jest już tak łatwo, ponieważ przeciętny czas znalezienia nowej posady w USA to już pół roku. W efekcie, część osób poszukujących pracy zatrudnia tzw. rekruterów odwrotnych, którzy pomagają im przebić się na konkurencyjnym rynku.

                Niektórzy płacą im z góry określoną stawkę, inni oddają na przykład 20% pierwszej pensji, a inni nawet 10% rocznego wynagrodzenia w nowej pracy.

                Można zaryzykować nawet stwierdzenie, że to taki nowy podatek od bezrobocia. Płaci się nie państwu, ale prywatnej firmie i za nadzieję, bo nie ma gwarancji efektu. Czasem dochodzi nawet do konfliktu interesów: im dłużej taki rekruter szuka pracy dla kandydata, tym teoretycznie więcej mógłby zarobić. 

                Reklama

                Sceptycznie do nowego modelu podchodzą nawet tradycyjni rekruterzy. Kwestionują oni etyczność pobierania opłat od osób poszukujących pracy oraz skuteczność masowego składania podań w imieniu kandydatów.

                Niemniej, wielu klientów jest zadowolonych z usług “odwrotnych rekruterów”. Faktycznie, mogą oni pomóc w znalezieniu pracy, co może być przydatne, gdy jakieś stanowisko się już ma, a nie ma się czasu na kandydowanie na nowe.

                 

                Czy czeka nas model amerykański?

                Czy płacenie rekruterom za szukanie pracy trafi również do Polski? Jest jedna zasadnicza rzecz, która może to zablokować. Do tego jeszcze wrócimy.

                Bo zacznijmy od tego, że bezrobocie w Polsce również jest niskie. Co prawda, w styczniu tego roku wzrosło już do 5,7% i to najwięcej od 4 lat, ale to nadal relatywnie niska wartość.

                 

                plac za mozliwosc pracy rodzi sie nowy model zatrudniania grafika numer 1plac za mozliwosc pracy rodzi sie nowy model zatrudniania grafika numer 1
                Źródło: Trading Economics.

                 

                Reklama

                Spójrzmy jednak gdzie indziej. W naszym kraju mierzymy się z jednym, ale często pomijanym problemem. To dlatego, że dla ekspertów czy polityków ta statystyka, którą zaraz pokaże, nie jest powodem do wstydu, ale wręcz przeciwnie… do dumy.

                Ba! Jesteśmy w niej niemal liderem Unii Europejskiej! Jednak ten sukces jest tylko pozorny, bo dla Polaka jest to sedno problemu w znalezieniu nowej pracy.

                Chodzi o tak zwany wskaźnik wakatów. Pokazuje on ile miejsc pracy w gospodarce jest wolnych, czyli innymi słowy: na ile stanowisk pracodawcy poszukują pracowników.

                I w Niemczech nieobsadzonych miejsc pracy jest 3%. W Czechach 3,3%. A w Polsce… tylko 0,8%. 

                 

                plac za mozliwosc pracy rodzi sie nowy model zatrudniania grafika numer 2plac za mozliwosc pracy rodzi sie nowy model zatrudniania grafika numer 2

                Źródło: Eurostat.

                Reklama

                 

                Czyli mniej niż jedno na sto stanowisk jest wolne!

                Polityk może się pochwalić: “patrzcie, jest tak dobrze, że firmy w ogóle nie szukają pracowników, bo mają tyle, ile trzeba”! A ekonomista powie: “kto chce znaleźć pracę, to ją znajduje, niemal pełne zatrudnienie, a bezrobocie nadal niskie”.

                Co jest zatem w tym tak niepokojącego? Wyobraź sobie, że w takiej sytuacji szukasz pracy. Mniej niż jeden procent miejsc pracy jest puste. Kandydaci walczą o ten 1% wakatów.

                Czy może zatem dojść do tego, że niebawem będą płacić rekruterom za znalezienie pracy, na wzór tego, co pojawia się w Stanach? Pewne elementy “modelu amerykańskiego” są już widoczne: Wolniejszy wzrost zatrudnienia w połączeniu z rekordowo niskim bezrobociem sugeruje, że rynek jest bardziej restrykcyjny i selektywny.

                Istnieje jednak zasadnicza różnica między USA a większością krajów europejskich, w tym Polską. Konkretnie, w przepisach dotyczących opłat rekrutacyjnych. Otóż w Polsce legalne agencje zatrudnienia nie mogą pobierać opłat od osób poszukujących pracy za je znalezienie. Koszty te mają być pokrywane przez pracodawcę. 

                Reklama

                W skrócie: praca nie jest towarem. Pobieranie opłat za dostęp do miejsc pracy w Unii Europejskiej i Polsce jest uważane za nadużycie.

                Jednak nie oznacza to, że takie usługi rekruterskie nie rozpowszechnią się w Polsce. Wystarczy, że zmieni się miejsce i sposób ich realizacji. Na przykład, agencje i platformy mogą pobierać opłaty za usługi powiązane: pomoc w tworzeniu CV, szkolenia, i tak dalej.

                Model “rekrutacji odwrotnej” w stylu amerykańskim, w którym kandydaci otwarcie płacą pośrednikowi za „znalezienie im pracy”, raczej nie jest możliwy. Jednak usługi w zakresie coachingu kariery, budowania marki osobistej i „strategii poszukiwania pracy” są w Polsce coraz bardziej powszechne i legalne.

                Zatem, ta “monetyzacja desperacji” będzie raczej wyglądać w naszym kraju tak:

                • płatny dostęp „premium” do platform z ofertami pracy,
                • programy coachingowe i szkoleniowe,
                • certyfikaty, które zwiększają szanse na zatrudnienie.

                Oczywiście, to może być dobra rzecz: zwiększamy swoje kwalifikacje, stajemy się lepszymi kandydatami. Lepszymi kandydatami do pracy.

                 

                Wnioski?

                Obecna sytuacja wpływa na siłę przetargową pracowników. Kiedy odejście z pracy wiąże się z ryzykiem, trudniej jest domagać się lepszego wynagrodzenia lub warunków. Ma to znaczenie nie tylko dla osób bezrobotnych, ale także dla tych, które próbują negocjować warunki w swoich obecnych firmach.

                Reklama

                Stany Zjednoczone przeżywają zamrożenie rynku pracy, na którym pracownicy nie są masowo zwalniani, ale nowych możliwości jest niewiele. Konkurencja o każde stanowisko gwałtownie wzrosła, a rozwijająca się branża zarabia na sprzedawaniu nadziei sfrustrowanym amerykańskim kandydatom.

                Polska zaczyna borykać się z podobnymi problemami strukturalnymi. Spowalnia wzrost zatrudnienia, wkracza rekrutacja oparta na sztucznej inteligencji. Ale! Pracownik ma tu jedną ważną przewagę - silniejsze zabezpieczenia prawne, zwłaszcza przed niektórymi ekstremalnymi modelami na zasadzie:  „zapłać, żeby zostać zatrudnionym”.

                 

                Zobacz również: Załamanie kursu dolara to nie problem USA. To ich plan ratunkowy


                Przemysław Tabor

                Przemysław Tabor

                Zastępca redaktora naczelnego FXMAG. Tworzę też na kanale YouTube FXMAG. W swoich tekstach skupiam się na gospodarce, rynku nieruchomości, surowcach i giełdzie. Lubię pomagać czytelnikom w zrozumieniu skomplikowanych zjawisk.

                Obserwuj autoraLinkedIn


                komentarze

                Komentarze

                Sortuj według:  Najistotniejsze

                • Najnowsze
                • Najstarsze

                Nie ma jeszcze komentarzy. Skomentuj jako pierwszy i rozpocznij dyskusję

                Reklama
                Reklama

                Najnowsze

                Polecane