Stopa inflacji konsumenckiej we wrześniu wyniosła w Polsce 2,9% rok do roku, wynika ze wstępnych danych opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny.
Jest to wartość podobna do odnotowanej przed miesiącem, w sierpniu, gdy również było to 2,9% rdr.
Źródło: GUS.
Nowy odczyt to zaskoczenie dla części ekonomistów. Konsensus prognoz analityków zakładał, że wartość wrześniowego wskaźnika CPI wyniesie nieco więcej, bo 3,0% rok do roku.
Natomiast w ujęciu miesięcznym we wrześniu odnotowany został szacunkowy odczyt stopy inflacji na poziomie 0,0% mdm, podał GUS. Miesiąc wcześniej było to również 0,0%.
Czytaj także: Kryzys demograficzny strawi pół populacji Polski, wynika z prognozy. Te 2 kwestie mogą temu zaradzić
Potaniały paliwa, podrożała żywność
Ceny w kategorii "żywność i napoje bezalkoholowe" wzrosły rok do roku o 4,2%. Z kolei w przypadku "nośników energii" była to zwyżka o 2,4%.
Natomiast ceny paliw do prywatnych środków transportu spadły o 4,9% rok do roku.

Źródło: GUS.
Inflacja wzrośnie w kolejnych miesiącach, wynika z prognozy NBP
Stopa inflacji może wzrosnąć w Polsce w ostatnich miesiącach tego roku, wynika z najnowszej projekcji opracowanej przez Narodowy Bank Polski. Została ona zaprezentowana na początku września przez prezesa NBP, prof. Adama Glapińskiego w trakcie konferencji po decyzji monetarnej RPP.

Źródło: Narodowy Bank Polski.
“Inflacja kształtuje się pomiędzy środkiem celu NBP, a górną granicą odchyleń od celu. To wielki sukces oczywiście, bardzo się z tego cieszymy. To dowód, że polityka pieniężna NBP była i jest właściwa” - skomentował wówczas wysokość stopy inflacji prezes polskiego banku centralnego.
“Nasze prognozy wskazują, że w kolejnych miesiącach inflacja może wzrosnąć” - dodał.
Prezes NBP zwrócił uwagę, że “znów pojawia się ta trudność, że nie wiemy, jakie będą ceny energii elektrycznej”.
“Przy obecnym stanie prawnym [...] odmrożenie cen energii następuje od października. Doprowadziłoby to do wzrostu inflacji nawet powyżej 3,5%” - ostrzegł prof. Glapiński na początku września.
“Niepewność jest przy tym znaczna. Dziś nie wiadomo, jakie będą ceny energii w IV kwartale, a tym bardziej w kolejnych miesiącach i kwartałach” - dodał.
Zobacz również: Byli potentatem w swojej branży. Polski gigant wyprzedaje majątek
Komentarze
Sortuj według: Najistotniejsze
9 miesięcy temu
Zyskflacja w Polsce – jak firmy przejęły inflację i wypchnęły pracowników z gospodarki Wbrew oficjalnym narracjom o walce z inflacją, o trudnym otoczeniu makroekonomicznym i konieczności „zaciskania pasa”, dane pokazują coś zupełnie innego: inflacja w Polsce została przejęta przez firmy jako okazja do maksymalizacji zysków kosztem realnych wynagrodzeń. To zjawisko nosi nazwę zyskflacji (ang. profit-led inflation) – i choć jego istnienie było przez długi czas ignorowane, dziś widać je czarno na białym na danych z GUS, NBP i analiz ekonomistów. W tym modelu firmy nie tylko nie ponoszą ciężaru inflacji, ale wręcz ją wykorzystują jako narzędzie do transferu wartości dodanej z pracowników na rzecz kapitału. Udział wynagrodzeń w PKB, który w latach 2016–2021 systematycznie rósł, w 2022 roku gwałtownie się załamał. Spadł do poziomu z 2014–2015 roku, niwelując wszystkie zyski płacowe, jakie udało się osiągnąć przez ponad pięć lat. Równolegle udział nadwyżki operacyjnej brutto (czyli zysków firm) w wartości dodanej istotnie wzrósł. Inflacja, która nominalnie miała być „neutralna” dla podziału dochodów, okazała się być wehikułem redystrybucji – ale nie z góry w dół, lecz odwrotnie. Wzrosty cen finalnych były wyższe niż wzrosty kosztów produkcji, co pozwoliło firmom zgarnąć lwią część nadwyżki. W produkcji przemysłowej aż 85% wartości wzrostu cen trafiło do firm, nie do pracowników. Zyskflacja działa według prostego mechanizmu: gdy wzrasta inflacja, firmy podnoszą ceny szybciej niż rosną im koszty. Klienci, nie mając punktu odniesienia i porównania, akceptują nowe ceny. Płace rosną dużo wolniej, a często w ogóle nie nadążają za inflacją – szczególnie w sektorach opartych na pracy fizycznej, gdzie istnieje duża podaż zewnętrzna (migranci, APT, rotacja). Dzięki temu realna wartość płac spada, a realna wartość marży rośnie. Firmy mogą utrzymać lub nawet poprawić rentowność, mimo ogólnego kryzysu – ale odbywa się to kosztem pracowników, którzy są odcinani od owoców swojej pracy. To nie jest efekt przypadku. Firmy od dawna wiedzą, że pod pretekstem inflacji mogą przeprowadzać podwyżki cen, które nie mają pokrycia w kosztach, a służą jedynie poprawie wyniku finansowego. W sektorze przemysłowym – szczególnie w eksporcie – sytuacja jest jeszcze bardziej jaskrawa: ceny eksportowe rosną dynamicznie, ale udział płac w wartości dodanej spada. To oznacza, że polscy robotnicy przemysłowi, mimo że ich praca zasila nadwyżkę handlową kraju, nie otrzymują z niej niemal żadnej korzyści. Wzrost cen produktów nie idzie w parze ze wzrostem wynagrodzeń. Korzyści są przechwytywane przez właścicieli, akcjonariuszy, zarządy i agencje pośrednictwa. W tym samym czasie na rynku pracy trwa ofensywa propagandowa agencji zatrudnienia i pracodawców, którzy twierdzą, że bez masowego importu taniej siły roboczej z Azji „gospodarka się zawali”. To fałsz. Problemem nie jest brak ludzi, tylko brak ludzi gotowych pracować za stawki nieadekwatne do kosztów życia, zdrowia i inflacji. Polacy po czterdziestce, mimo doświadczenia, są wypychani z rynku pracy, ponieważ nie zgadzają się na wyzysk, nie chcą mieszkać w sześć osób w baraku i oczekują uczciwego traktowania. Tymczasem cały system wynagradzania – oparty na dumpingowych umowach, pracy agencyjnej i outsourcingu – został zaprojektowany właśnie po to, by takich ludzi eliminować jako zbyt „kosztownych”. Jeśli zyskflacja nie zostanie zatrzymana, polski rynek pracy wejdzie w fazę strukturalnego wypalenia. Zbyt wiele sektorów – od przemysłu przez logistykę po budownictwo – opiera się na intensywnym, fizycznym wkładzie pracy, którego nie da się szybko zautomatyzować. Ale przy obecnych trendach płacowych zawody te przestają być opłacalne dla pracownika. Dochodzi do momentu, w którym praca fizyczna staje się ekonomicznie irracjonalna – bo nie pozwala się utrzymać, odpocząć ani zregenerować zdrowia. Efektem będzie zapaść kadrowa, niechęć do zawodu, masowy exodus za granicę i spadek jakości usług oraz produktów. W dłuższym okresie, jeśli trend przechwytywania inflacji przez kapitał się utrzyma, spadnie także popyt wewnętrzny. Ludzie, których płace nie nadążają za inflacją, ograniczają konsumpcję. Gospodarka, która przez dekadę opierała się na eksporcie i taniej sile roboczej, zacznie tracić konkurencyjność – bo wyczerpie się rezerwuar pracowników gotowych pracować za coraz mniej w coraz trudniejszych warunkach. Pojawi się dryf w kierunku stagnacji: firmy nie będą miały komu sprzedać, nie będą miały kogo zatrudnić i nie będą miały jak utrzymać obecnego poziomu zysków. Zyskflacja nie jest tylko wykresową ciekawostką. To realny mechanizm redystrybucji wartości, który wyjaśnia, dlaczego mimo „świetnych danych makroekonomicznych” tak wielu ludzi nie odczuwa żadnej poprawy. To nie inflacja zabija klasę pracującą – to system, który inflację wykorzystuje jako narzędzie pozbawiania ludzi prawa do godnej pracy i uczciwego wynagrodzenia. Jeśli nie nastąpi systemowa reakcja – nie będzie pracowników, nie będzie lojalności, nie będzie wzrostu. Pozostanie tylko puste PKB i puste magazyny. Tymczasem warto zadać pytanie: skoro udział płac w PKB spada, a zyski firm rosną, to co dzieje się z tym kapitałem? Odpowiedź przynosi analiza rynku dóbr luksusowych w Polsce. W 2024 roku jego wartość ma sięgnąć 55,6 miliarda złotych. To wzrost o kilkadziesiąt procent w porównaniu do dekady poprzedzającej. Największe wzrosty odnotowano w sektorach takich jak luksusowa motoryzacja, biżuteria, sztuka i dobra inwestycyjne. A więc dokładnie tam, gdzie bogacenie się elity wyraża się fizycznie: w przedmiotach statusowych, nieprodukcyjnych, niepowszechnych. Pieniądze wypchnięte z systemu wynagrodzeń nie znikają. One zmieniają adresata. Są inwestowane w auta warte pół miliona złotych, kolekcjonerskie dzieła sztuki, butiki z limitowanymi kolekcjami, w penthouse’y na Wilanowie, nie w nowe linie produkcyjne czy innowacje procesowe. Przejęcie inflacji przez kapitał nie służy odbudowie gospodarki, tylko konsumpcji luksusowej – czyli z definicji wykluczającej, ostentacyjnej i oderwanej od realnych potrzeb społecznych. To konsumpcja nie po to, by żyć lepiej, ale by pokazać, że żyje się ponad innych. Model, w którym 85% wartości inflacji zostaje przechwycone przez firmy, nie kończy się na bilansach. Kończy się na ulicach, gdzie fizycznie rośnie luka między SUV-em za 800 tysięcy a spawaczem na minimalnej, który wraca z nocki rowerem. Ekonomia ta nie skrapla się w klasę średnią. Ona dryfuje w stronę klasowej separacji, w której zyski przestają cokolwiek wspólnego mieć z produkcją, a coraz bardziej z transferem dochodu w dół: z kieszeni pracownika do portfela inwestycyjnego rentiera. Zyskflacja w Polsce nie tylko przejmuje wartość z pracy – ona redefiniuje strukturę całego społeczeństwa. Im więcej zostaje w firmach, tym więcej kończy w kasach salonów marek premium, a tym mniej wraca na rynek jako siła nabywcza zwykłego obywatela. W tej spirali nawet 4% PKB wzrostu przestaje mieć znaczenie. Bo dla 70% społeczeństwa nie przekłada się na realną poprawę. I wtedy, jak w każdym historycznym przypadku, kiedy zysk odkleja się od pracy – zostaje tylko jeden możliwy sposób redystrybucji: kryzys, bunt albo rozpad.