Deficyt finansów publicznych rośnie szybciej niż planowano, a dług zaczyna zbliżać się do konstytucyjnych limitów. Agencje ratingowe widzą rosnące ryzyka i nie pozostawiają złudzeń. Czy rządowi uda się odzyskać kontrolę nad finansami, zanim przyszłe budżety utoną w kosztach?
Coraz więcej sygnałów wskazuje, że polska gospodarka zaczyna łapać zadyszkę. Dodatkowo, na początku września agencja Fitch Ratings zmieniła naszą perspektywę kredytową na negatywną. Chwilę później to samo zrobiła Moody’s. Agencje ratingowe nie mają złudzeń co do kondycji gospodarki, ale jak ją postrzegają zwykli Polacy? Sondaż przeprowadzony przez agencję SW Research dla portalu rp.pl pokazuje, że oceny są raczej umiarkowane.
✕
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych SW Research
Ocena celująca padała bardzo rzadko, na piątkę zdecydowało się 8% osób, a prawie 28% uznało, że jest po prostu dobrze. Najwięcej wskazań uzyskała ocena dostateczna. Z kolei prawie 20% respondentów oceniło naszą gospodarkę na dwójkę, a niecałe 11% wystawiło jej ocenę niedostateczną. Badanie przeprowadzono online w dniach 7–8 października 2025 roku na próbie 800 dorosłych Polaków.
I choć oceny obywateli mogą wydawać się łagodne, to dane makroekonomiczne zdecydowanie nie napawają optymizmem. Według najnowszych danych Eurostatu, Polska ma drugie najszybsze tempo wzrostu długu publicznego w całej Unii Europejskiej. Brzmi groźnie? Może trochę, ale warto dodać, że sam poziom naszego długu nadal jest poniżej unijnej średniej. Problemem jest jednak tempo. Rośnie ono na tyle szybko, że Komisja Europejska postanowiła zareagować.
Już w lipcu zeszłego roku objęła Polskę procedurą nadmiernego deficytu. Cała procedura wygląda tak: Unia mówi państwom, które przekroczyły 3% deficytu, aby przygotowały plan, jak z tego wyjdą. Polska znalazła się w tej grupie razem z sześcioma innymi krajami. Bruksela dała im czas do jesieni 2024 roku, żeby opracować tzw. średnioterminową ścieżkę. Czyli plan na cztery do siedmiu lat, który pokaże, w jaki sposób deficyt wróci do bezpiecznego poziomu.
Reklama
Rok temu rząd przedstawił bardzo ambitny wariant. Zejście z deficytem do 2,9% już w 2028 roku. Teoretycznie plan wygląda dobrze, ale czy uda się go zrealizować w praktyce? Cóż, czas pokaże.
✕
Źródło: notesfrompoland.com
Na koniec drugiego kwartału dług publiczny Polski wyniósł 58,1% PKB, czyli o 6,1 punktu procentowego więcej niż rok wcześniej. Szybciej zadłużała się tylko Finlandia, gdzie dług podskoczył o prawie 8 punktów, do 88,4% PKB.
✕
Źródło: Eurostat
Reklama
Dla porównania, średni poziom długu w Unii Europejskiej wynosi obecnie 81,9% PKB. Największymi dłużnikami Europy wciąż pozostają Grecja, Włochy i Francja z zadłużeniem odpowiednio 151,2%, 138,3% i 115,8% PKB. Z kolei najmniej zadłużone kraje to Estonia, Luksemburg i Bułgaria.
Według Starszego Ekonomisty Tomasza Hońdo z Quercus TFI, Polska prawdopodobnie będzie przesuwać się coraz wyżej w tym niechlubnym rankingu. I rzeczywiście, według rządowej strategii nasz dług ma sięgnąć aż 75% PKB do 2029 roku. Powód? Od kilku lat Polska prowadzi dość hojny budżet. Wydatki socjalne rosną, a po inwazji Rosji na Ukrainę gwałtownie wzrosły też nakłady na obronność. Ekonomiści uważają, że nawet przy szybkim wzroście gospodarczym, rząd robi niewiele, aby ograniczyć wydatki. Ich zdaniem chwilowe podwyżki podatków i jednorazowe wpływy do budżetu to za mało, aby powstrzymać tą spiralę narastającego długu.
Ministerstwo Finansów poinformowało, że w okresie od stycznia do września deficyt finansów publicznych wyniósł 201,4 miliarda złotych. To prawie 70% całorocznego limitu, który w budżecie na ten rok został ustalony na rekordowym poziomie 289 miliardów złotych. Ale to nie koniec. W 2026 roku rząd spodziewa się, że deficyt wyniesie 271,7 miliarda złotych.
✕
Źródło: gov.pl
Tomasz Hońdo podkreśla, że rosnący dług to właśnie efekt nawarstwiających się deficytów budżetowych. Od 2022 roku (czyli od momentu rosyjskiej inwazji na Ukrainę) polski dług publiczny urósł o prawie 11% PKB. To trzeci największy wzrost w całej Unii, zaraz po Finlandii i Rumunii.
✕
Źródło: qnews.pl
Reklama
Ekspert dodaje, że częściowo to wpływ większych wydatków wojskowych (co widać również po Finlandii). W efekcie Polska osiągnęła najwyższy poziom nakładów na obronność w stosunku do PKB w całym NATO. Jednak, jeśli popatrzymy na to w ujęciu nominalnym, Polska ma szóstynajwiększy budżet obronny w całym sojuszu. W tym roku to około 44,3 miliarda dolarów. Dla porównania, Stany Zjednoczone wydają prawie 980 miliardów, Wielka Brytania – 90,5, a Francja – 66,5.
✕
Źródło: notesfrompoland.com
Od deficytu do spirali zadłużenia
Analizując wszystkie te liczby, można dojść do wniosku, że dług publiczny to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwe pytanie brzmi: skąd właściwie bierze się ten dług? Odpowiedź jest prosta – z deficytu.
Ustawa o finansach publicznych z 2009 roku tłumaczy to jasno. Deficyt budżetowy to ujemna różnica między dochodami a wydatkami budżetu państwa lub jednostki samorządu terytorialnego. W praktyce oznacza to, że rząd planuje wydać więcej, niż jest w stanie zebrać z podatków i innych źródeł. Tak właśnie powstaje ujemna różnica, którą trzeba pokryć. Najczęściej przez zaciąganie długu. Jeśli jest odwrotnie, czyli dochody są wyższe niż wydatki, to wtedy mamy do czynienia z nadwyżką budżetową. Czyli państwo zarobiło więcej niż wydało. Wiadomo, to bardzo korzystny scenariusz, ale niestety dość rzadko występuje w praktyce.
No i niestety w tym tkwi problem. Bo deficyt to coś więcej niż tylko liczby w Excelu. To coś, co ma realne i długoterminowe skutki dla gospodarki.
Reklama
Po pierwsze, powoduje wzrost długu publicznego. Żeby pokryć różnicę między wydatkami a dochodami, państwo musi się zadłużyć, więc sprzedaje obligacje lub bierze kredyty. Im większy deficyt, tym większy dług, a to z kolei wpływa na wiarygodność kraju w oczach agencji ratingowych.
I właśnie to niedawno widzieliśmy w praktyce. 5 września agencja Fitch ogłosiła, że utrzymuje rating Polski na poziomie A-, ale zmienia jego perspektywę na negatywną. Powód? Właśnie rosnący deficyt. W latach 2024–2025 ma sięgnąć około 6,7% PKB, a dług publiczny może dojść wynieść nawet 68% PKB do 2027 roku. Do tego dochodzą napięcia polityczne i brak spójnej strategii fiskalnej przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi w 2027 roku.
✕
Źródło: fitchratings.com
Decyzja agencji Fitch szybko znalazła też odzwierciedlenie na rynku długu. 10 września, podczas aukcji sprzedaży obligacji, Ministerstwo Finansów sprzedało papiery o 17 % mniej od maksymalnej zaplanowanej kwoty. Co więcej, popyt przewyższył sprzedaż tylko o 12,7 %, a to najniższy poziom od listopada 2024 roku.
✕
Reklama
Źródło: Ministerstwo Finansów, money.pl
Po drugie, deficyt może podbić inflację. Jeśli rząd finansuje go poprzez dodruk pieniądza, a nie przez kredyty i pożyczki, to w gospodarce robi się po prostu za dużo gotówki. Efekt? Ceny rosną, a wartość pieniądza spada.
I po trzecie, deficyt ogranicza rozwój gospodarczy. Kiedy coraz większa część budżetu idzie na spłatę długu, to mniej zostaje na inwestycje. To z kolei przekłada się na wolniejszy wzrost i mniejszą konkurencyjność kraju.
Generalnie wyróżniamy dwa główne rodzaje deficytu budżetowego. Pierwszy to deficyt rzeczywisty, który dzieli się na dwa typy: koniunkturalny i strukturalny. Drugi rodzaj to deficyt cykliczny.
Zacznijmy od rzeczywistego. To nic innego jak różnica między tym, co państwo wydaje, a tym, co do niego wpływa. I teraz: deficyt koniunkturalny pojawia się wtedy, gdy gospodarka zwalnia. Wtedy wpływy z podatków spadają, bo firmy zarabiają mniej, a bezrobocie rośnie. Z kolei wydatki na zasiłki i różne programy pomocowe rosną. W efekcie budżet się nie spina. Ale to zjawisko jest raczej przejściowe, bo kiedy gospodarka znowu się rozkręca, wpływy z podatków rosną, a deficyt się zmniejsza.
Z kolei deficyt strukturalny to bardziej złożony problem, bo on wynika już z błędów w systemie. Na przykład źle skonstruowanych podatków, zbyt dużych wydatków publicznych albo słabego zarządzania finansami. Ten rodzaj deficytu nie znika, nawet jeśli gospodarka działa dobrze. To właśnie on może prowadzić do rosnącego zadłużenia i problemów w przyszłości.
Reklama
No i jest jeszcze deficyt cykliczny, czyli taki, który pojawia się i znika w rytm koniunktury. Gdy gospodarka się rozwija, a wpływy rosną, to deficyt maleje. Z kolei, gdy przychodzi spowolnienie, dzieje się odwrotnie.
Ale deficyt budżetowy to nie tylko „dziura” w finansach państwa. To także konieczność znalezienia pieniędzy, żeby ją załatać. A skoro w kasie ich brakuje, to rząd musi poszukać ich gdzie indziej. Zgodnie z ustawą o finansach publicznych, można to zrobić na kilka sposobów.
✕
Źródło: isap.sejm.gov.pl
Na przykład wykorzystać nadwyżki z poprzednich lat, wziąć kredyty z banków, sprzedać obligacje albo sięgnąć po pieniądze z prywatyzacji majątku państwowego. Do tego dochodzą też środki ze spłat udzielonych wcześniej pożyczek i nadwyżki z budżetu środków europejskich.
Problem w tym, że każde takie źródło to de facto dług. Te pieniądze nie biorą się znikąd, bo trzeba je będzie kiedyś oddać. A to z kolei oznacza jedno. Im bardziej finansujemy deficyt z zewnątrz, tym szybciej rośnie dług publiczny.
Czym tak naprawdę jest dług publiczny?
Warto pamiętać, że deficyt budżetowy i dług publiczny to nie to samo. Deficyt budżetowy dotyczy tylko jednego roku. Wtedy, gdy wydatki w budżecie państwa przekraczają jego dochody. Natomiast dług publiczny to już długofalowy efekt. To suma wszystkich wcześniejszych pożyczek, które rząd wziął, żeby takie deficyty sfinansować. W uproszczeniu można więc powiedzieć, że dług to po prostu nagromadzone deficyty, pomniejszone o momenty, kiedy państwu udało się wyjść na plus.
Reklama
Innymi słowy, deficyt dzisiaj staje się długiem jutro. Tylko czy to "jutro" jest groźne już teraz? Portal money.pl przeprowadził na ten temat badanie wśród ponad 50 ekonomistów. Zapytano ich o to, czy szybki wzrost długu w obecnych warunkach jest uzasadniony i nie zagraża stabilności finansowej Polski.
✕
Źródło: money.pl
Badanie pokazało, że aż 64% respondentów nie zgadza się z tezą, że obecne tempo zadłużania jest uzasadnione. Jednak według prof. Michała Brzezińskiego z Uniwersytetu Warszawskiego, obecny wzrost długu publicznego nie zagraża stabilności finansowej Polski. Jak podkreśla, gospodarka wciąż rośnie w solidnym tempie, stopy procentowe utrzymują się na umiarkowanym poziomie, a rząd bez większych problemów zaspokaja swoje potrzeby pożyczkowe. Profesor zwraca jednak uwagę, że problemy mogą pojawić się w średnim okresie. Wszystko przez rosnące napięcia polityczne, które wywierają presję na finanse publiczne i utrudniają ich uporządkowanie. Brzeziński nawiązuje przy tym do słów prezydenta Nawrockiego, który zapowiedział, że nie dopuści do nowych podatków ani podwyżek tych, które obowiązują.
Eksperci ostrzegają więc przed zbyt dużym optymizmem. I słusznie, bo za liczbami o długu kryje się dość złożony mechanizm. W zależności od tego, kto jest wierzycielem i na jak długo została udzielona pożyczka, dług publiczny przybiera różne formy. W pierwszym ujęciu mamy dług krajowy (wewnętrzny) oraz dług zagraniczny (zewnętrzny). Dług krajowy to zobowiązania wobec podmiotów w Polsce, natomiast drugi – wobec instytucji i inwestorów zagranicznych. Mogą to być banki, rządy innych krajów i inne organizacje międzynarodowe. Część tego długu powstaje też wtedy, gdy Polska sprzedaje swoje obligacje za granicą. Z kolei drugie kryterium to czas, na jaki ten dług został zaciągnięty. Jeśli ma być spłacony w ciągu roku, mówimy o długu krótkoterminowym, a jeśli spłata trwa dłużej, to już dług długoterminowy.
Jak wiadomo, dług publiczny nie pojawia się nagle. To efekt wielu procesów, które często trwają latami. Ten najbardziej oczywisty to długotrwały deficyt budżetowy. Kolejnym czynnikiem są wydatki nadzwyczajne, które pojawiają się w czasie recesji, pandemii czy klęsk żywiołowych. Państwo musi wtedy wydawać więcej, żeby ratować gospodarkę i pomagać ludziom. Problem w tym, że wtedy wpływy z podatków maleją, więc trzeba pożyczać.
Reklama
Najgroźniejszym scenariuszem jest jednak wpadnięcie w pułapkę zadłużenia. Czyli doprowadzenie do momentu, gdy rząd pożycza pieniądze nie na inwestycje, ale po to, żeby spłacać wcześniejsze zobowiązania. To z kolei prowadzi do spirali, z której już bardzo trudno wyjść. No i wreszcie – interwencjonizm państwowy. Rząd czasem zwiększa wydatki, żeby pobudzić gospodarkę lub zmniejszyć bezrobocie. I choć krótkoterminowo może to być pomocne, to w dłuższej perspektywie zwiększa obciążenie finansów publicznych.
Co pokazuje najnowsza strategia Ministerstwa Finansów?
Jak widać, dług publiczny to nie tylko makroekonomiczny wskaźnik, ale również polityczne i strategiczne wyzwanie. Z tego powodu Minister Finansów każdego roku ma jedno z najważniejszych zadań. Musi przygotować czteroletnią strategię zarządzania długiem Skarbu Państwa i wpływu na państwowy dług publiczny. To taki dokument, który ma pokazać, jak państwo zamierza kontrolować zadłużenie, pożyczać pieniądze i utrzymać stabilność finansów publicznych. Kiedy strategia jest gotowa, Minister przedstawia ją Radzie Ministrów. Ta zatwierdza ją i przekazuje dalej do Sejmu, razem z uzasadnieniem do ustawy budżetowej. Nowy dokument został właśnie opublikowany na początku października i daje nam wgląd w to, jak rząd planuje radzić sobie z rosnącym długiem publicznym.
Według tych niepokojących danych, w 2029 roku relacja długu do PKB (liczona według krajowej metodologii) ma zbliżyć się do granicy 60% PKB. Czyli do limitu zapisanego w konstytucji. Według unijnej metodologii sytuacja wygląda jeszcze gorzej, bo dług ma sięgnąć nawet 75 % PKB.
✕
Źródło: orka.sejm.gov.pl
Dla porównania, na koniec 2023 roku ten wskaźnik wynosił niespełna 50%. Więc jeśli ten scenariusz się sprawdzi, to w ciągu zaledwie sześciu lat Polska zwiększy swoje zadłużenie aż o połowę. A to z kolei byłoby tempo, jakiego jeszcze nie notowaliśmy w najnowszej historii naszego kraju.
✕
Źródło: orka.sejm.gov.pl
Reklama
Dodatkowo, nowe prognozy pokazują znacznie szybszy wzrost długu publicznego niż zakładano jeszcze rok temu. Wtedy planowano, że w 2028 roku relacja długu do PKB zatrzyma się na poziomie 61,2%, a w obecnej strategii zapisano już 72,7%.
✕
Źródło: demagog.org.pl
Na domiar złego rosną też koszty obsługi długu (z około 1,94% PKB w 2025 roku do nawet 2,68% w 2029). A to oznacza, że coraz większa część budżetu pójdzie na spłatę odsetek zamiast na inwestycje. Jeśli ten trend się utrzyma, Polska w 2027 lub 2028 roku przekroczy próg 55% długu publicznego, co zmusi rząd do wdrożenia tzw. działań ostrożnościowych. W praktyce oznacza to równoważenie budżetu, zamrożenie płac w sferze publicznej i waloryzację emerytur jedynie o inflację.
✕
Źródło: orka.sejm.gov.pl
Reklama
Ministerstwo Finansów w swojej strategii mówi wprost: prognozy dotyczące długu są gorsze niż wcześniej. Dlaczego? Jest kilka powodów.
Po pierwsze, wydatki pozabudżetowe. Rząd musi spłacać obligacje wyemitowane przez fundusze takie jak Fundusz Przeciwdziałania COVID-19. I choć te fundusze formalnie są poza budżetem, to Unia Europejska liczy ich zadłużenie razem z państwowym. Właśnie przez to relacja długu do PKB może sięgnąć nawet 75%. Po drugie, wojsko. Ogromne wydatki na obronność to dziś jeden z głównych czynników napędzających wzrost długu. Po trzecie, koszty obsługi długu. W 2026 roku Polska ma wydać na to około 90 miliardów złotych, czyli o 19% więcej niż rok wcześniej.
Dlaczego obsługa długu kosztuje coraz więcej? Odpowiedź tkwi w obligacjach
Z prognoz Ministerstwa Finansów jasno wynika, że skala zadłużenia będzie rosła. Jednak skąd rząd w ogóle bierze pieniądze, aby finansować taki dług? W praktyce najczęściej robi to poprzez emisję obligacji skarbowych. Jest to rodzaj pożyczki, którą rząd zaciąga u inwestorów. Inwestorzy mogą pochodzić z Polski albo z zagranicy. Zazwyczaj są to fundusze, banki i różne inne instytucje finansowe. Ale jak każda pożyczka, ta też ma swoją cenę. Tą ceną jest rentowność obligacji, czyli to, ile państwo faktycznie płaci za pożyczone pieniądze.
Oczywiście wysokie rentowności obligacji brzmią dobrze dla inwestorów, ale dla państwa to niestety droższe odsetki. Oznacza to, że większa część budżetu nie idzie na inwestycje, tylko na spłatę zobowiązań. Dodatkowo, kiedy rentowności rosną, nowo wyemitowane obligacje trzeba sprzedawać z wyższym oprocentowaniem, żeby znaleźli się na nie chętni. A to z kolei bezpośrednio podnosi koszt obsługi długu publicznego.
Żeby lepiej zrozumieć skalę problemu, spójrzmy na liczby.
✕
Źródło: orka.sejm.gov.pl
Reklama
Na koniec sierpnia zadłużenie Skarbu Państwa wyniosło 1,85 biliona złotych. Jeśli średnie oprocentowanie obligacji wzrośnie choćby z 5,5% do 6,5%, to roczny koszt obsługi długu podskoczy z 101,8 miliarda złotych do 120,3 miliarda. To daje jakieś 18,5 miliarda złotych więcej rocznie tylko na same odsetki. I tu pojawia się pytanie: skąd je wziąć? W końcu budżet nie ma nieograniczonych zasobów. Więc jak łatwo się domyślić albo zostaną podniesione podatki, albo trzeba będzie ograniczyć wydatki w jakimś innym obszarze.
Warto jednak pamiętać, że odsetki od obligacji, które państwo emituje obecnie, nie są płacone od razu. Takie koszty pojawią się za kilka lat, kiedy nadejdzie czas ich wykupu. Dlatego dopiero przyszłe budżety będą musiały znaleźć na to pieniądze. Przykładowo, rekordowe 80 miliardów złotych kosztów obsługi długu w 2024 roku i prognozowane 100 miliardów w 2025 to tak naprawdę rachunek za obligacje sprzed lat. Nie ma więc prostego związku między wysokim deficytem teraz, a rosnącym kosztem obsługi długu.
W tym przypadku winne są wysokie stopy procentowe. Przez ostatnie trzy lata oprocentowanie obligacji było najwyższe od dwóch dekad, ale na szczęście sytuacja zaczyna się poprawiać. Od 2023 roku NBP stopniowo obniża stopy, więc koszt nowych obligacji też powoli spada.
✕
Źródło: stooq.pl
Jak rząd chce zapewnić bezpieczeństwo finansowe?
Podsumowując, rosnący dług staje się jednym z groźniejszych ryzyk dla polskich finansów publicznych. To właśnie w tym ma pomóc nowa strategia. W opublikowanym dokumencie Ministerstwo Finansów wyraźnie podkreśla, że jej nadrzędnym będzie zapewnienie bezpieczeństwa finansowego kraju. Chodzi o to, żeby spłacać dług jak najtaniej, ale też nie przesadzić z poziomem ryzyka. Jak resort chce to osiągnąć?
Reklama
Po pierwsze, poprzez redukcję deficytu. Do 2028 roku plan zakłada zejście z deficytem poniżej 3% PKB (zgodnie z wymogami unijnych reguł fiskalnych). Po drugie, stosując różne źródła finansowania. Ministerstwo nadal będzie sprzedawać obligacje w kraju i za granicą, a dodatkowo sięgnie po fundusze unijne (w tym środki z Krajowego Planu Odbudowy). Po trzecie, lepiej zarządzając ryzykiem. Celem jest utrzymanie średniego okresu spłaty długu na poziomie co najmniej 5 lat, aby uniknąć spiętrzenia płatności. I po czwarte, utrzymując zaufanie inwestorów. Ministerstwo chce, żeby polski rynek obligacji był stabilny, przejrzysty i wiarygodny, bo tylko wtedy może tanio się finansować. Ale czy ten plan faktycznie wypali? O tym przekonamy się dopiero w najbliższych latach.
Posiadam doświadczenie zawodowe w sektorze finansowym i energetycznym, poparte licencjami Maklera Papierów Wartościowych oraz Maklera Towarowej Giełdy Energii. Moją pasją są rynki kapitałowe, a w inwestowaniu wierzę w siłę połączenia analizy fundamentalnej i technicznej. Uwielbiam śledzić światowe trendy, komentować bieżące wydarzenia i inspirować innych do lepszego rozumienia finansów.
Komentarze
Sortuj według: Najistotniejsze
Nie ma jeszcze komentarzy. Skomentuj jako pierwszy i rozpocznij dyskusję