Reklama

Masz ciekawy temat? Napisz do nas

twitter
youtube
facebook
instagram
linkedin
Reklama
Reklama

polski nowy złoty

Kryzys związany z pojawieniem się pandemii koronawirusa na świecie spowodował, że inwestorzy zaczęli masować sprzedawać aktywa uważane za najbardziej ryzykowne. W początkowej fazie (w okresie największej paniki) gigantyczne straty zanotował rynek akcji, kryptowalut, a nawet złota. Sytuacja zaczęła być bardzo niepewna, a kapitał przenosił się do gotówki, by zapewnić płynność instytucjom finansowym oraz inwestorom indywidualnym. 

Fed w odpowiedzi na rosnące ryzyko podjął się interwencji o niespotykanej dotąd skali. Doszło do luzowania ilościowego oraz obniżki stóp procentowych do 0-0,25 proc. i rozluźnienia norm dotyczących rezerw bankowych. Olbrzymi program drukowania dolarów wywołał reperkusje o charakterze globalnym. W ślad za Fedem poszło bowiem wiele innych banków centralnych świata (w tym nasz NBP).

Skala dodruku pieniądza na świecie

Banki centralne G-7 kupiły w marcu prawie 1,4 biliona dolarów aktywów finansowych, około pięć razy więcej niż wynosił ostatni miesięczny rekord odnotowany w kwietniu 2009 roku.

Rezerwa Federalna była odpowiedzialna za 1,1 bln USD zakupów, deklasując pod względem skali działania banki centralne Kanady, Nowej Zelandii, Australii, Japonii, Anglii oraz Europejski Bank Centralny. Władze USA nie zwalniały tempa zakupów, przejmując aktywa o wartości 41 miliardów dolarów dziennie.

Reklama

Władze monetarne podjęły działania na niespotykaną w historii ludzkości skalę, aby zapobiec gospodarczemu załamaniu. Zakupy banków centralnych sugerują, że recesja napędzana pandemią będzie wymagała o wiele więcej bodźców do jej przezwyciężenia niż ostatni kryzys finansowy.

To, co zaczęło się jako typowa interwencja Fedu, przeszło w fazę zakupu długu korporacyjnego w szerokim spektrum ratingów. Bank centralny po raz pierwszy ogłosił pulę finansowania zadłużenia o ratingu inwestycyjnym, aby pomóc firmom utrzymać się na rynku w obliczu zamknięcia z powodu pandemii. Fed rozszerzył również swój program kredytowy o ETF-y obligacji śmieciowych, wspierając bardziej ryzykowny rynek długów i obniżając nastroje inwestorów.

Wykres luzowania ilościowego na świecie

Złoty niepewną walutą w czasie kryzysu

Sytuacja światowej niepewności ostatnio boleśnie dla Polaków dała o sobie znać na rynku walutowym. Złoty zaczął osłabiać się względem wszystkich głównych walut. Wielu analityków wprost podważa przyszłą stabilność naszej waluty, podnosząc kwestię jej wielokrotnego, znacznego osłabiania się w historii.

Reklama

Na negatywną ocenę złotego składa się również bardzo słaba w porównaniu z innymi krajami „tarcza antykryzysowa”. Suma wydatków na ratowanie gospodarki przeznaczona chociażby przez Niemców i Amerykanów może nam bowiem imponować. W przypadku naszego kraju wszystko wskazuje na masowe upadki firm w nieodległej przyszłości. Warto zaznaczyć, że padające przedsiębiorstwa zabierają ze sobą cenne „know how”. Sprawia to, że ich upadek nie spowoduje (wskutek powstania wolnego miejsca na rynku ) natychmiastowego wygenerowania innych, lepszych działalności gospodarczych. Przeciwnie, negatywny, a coraz bardziej realny scenariusz, to długo utrzymujące się bezrobocie. Wygrzebywanie się z kryzysu w przypadku realizacji „czarnego scenariusza” zająć nam może bowiem od kilku do nawet kilkunastu lat. 

W perspektywie długoterminowej coraz bardziej zasadne wydają się być pytania o ochronę kapitału. Przechowywanie swoich oszczędności w złotówkach generuje coraz więcej zagrożeń. Nasza gospodarka słabo przygotowała się do kryzysu, rząd „przehulał” olbrzymie pieniądze na transfery socjalne, zamiast wykorzystać dobrą koniunkturę do zbudowania „poduszki finansowej” na gorsze czasy, które niestety właśnie nadeszły.

Koronawirus steruje rynkami. Dolar królem na rynku walutowym

Mimo masowego dodruku przed Fed dolar wciąż pozostaje synonimem gotówki. Jest walutą rezerwową świata i na razie nie widać dla niego większej konkurencji. Chiński juan pretenduje do miana jego poważnego „antagonisty”, lecz mowa tu o perspektywie długoterminowej (działania Chińczyków nie wzbudzają obecnie zaufania inwestorów, a chińskie dane gospodarcze są permanentnie fałszowane).

Sytuacja obecna bardzo często porównywana jest do kryzysu z lat 2008-2009. Wtedy do dolar umocnił się o 90% względem polskiego złotego. Osłabiać się zaczął dopiero przy późniejszych działaniach Fedu. Dzisiaj mamy do czynienia natomiast z bardzo wczesnym działaniem Rezerwy Federalnej. Wiele wskazuje na to, że drukowanie tak olbrzymich pokładów gotówki w perspektywie kilku najbliższych lat wiązać się będzie z jej znacznym osłabianiem. 

Tradycyjnym kierunkiem odpływu kapitału będzie prawdopodobnie złoto oraz tak zwane bezpieczne przystanie. Niektórzy zwiastują prawdziwą „gorączkę złota” w związku z kryzysem inflacyjnym. Znany analityk Marek Rogalski wskazuje również na kryptowaluty jako na atrakcyjny kierunek inwestycyjny. Większość z walut cyfrowych ma bowiem swoją ograniczoną liczbę. Warto jednak pamiętać o tym, że rynek kryptowalut znacząco różni się obecnie od tego sprzed kilku lat. Istnieją już kontrakty terminowe na bitcoina oraz podlegający tradycyjnemu systemowi finansowemu Tether. Poddaje to w wątpliwość przyszłą niezależność rynku kryptowalut, który już teraz jest w znacznym stopniu manipulowany. Przy ostatnich spadkach bitcoina dostrzec można było nawet korelację jego wahań z tymi obserwowanymi na wykresie indeksu S&P500. 

Co dzieje się, gdy przychodzi kryzys?

Reklama

Kiedy nadchodzą kryzysy, inwestorzy uciekają do bezpiecznych walut i powiązanych z nimi aktywów, aby ograniczyć straty. Ostatnia recesja w roku 2008 nie była wyjątkiem. W złocie dolarze amerykańskim, franku szwajcarskim i jenie japońskim inwestorzy, reagujący na globalny kryzys finansowy, poszukiwali bezpiecznych przystani.

Są to to waluty i inwestycje, które powinny utrzymywać lub zwiększać wartość, gdy rynek jest słaby i niepewny. Inwestorzy szukają bezpiecznych schronień, aby ograniczyć ryzyko finansowe w przypadku zawirowań gospodarczych. Trzy główne waluty bezpiecznej przystani (i powiązane z nimi inwestycje) to dolar amerykański i obligacje skarbowe USA; jen japoński i obligacje rządowe Kraju Kwitnącej Wiśni; oraz frank szwajcarski i szwajcarskie obligacje rządowe. Złoto także jest uważane za bezpieczną przystań, która wykazuje się znacznym potencjałem w kwestii przechowywania wartości. Eksperci rozpoznają bezpieczne przystanie ze względu na ich silną płynność i historyczną wiarygodność jako magazyn wartości, który w przypadku obligacji rządowych i walut jest częściowo zasługą ich bardzo cenionych systemów prawnych.

Chociaż wymienione przeze mnie podstawowe aktywa są powszechnie uznawane za bezpieczne schronienie, nie zawsze zachowują się tak samo w każdym kryzysie. Status bezpiecznej przystani zmienia się w czasie w zależności od konkretnych okoliczności i wydarzeń. Na przykład, historycznie, gdy kraj bezpiecznej przystani doświadczył turbulencji, jego waluta traciła na wartości w odniesieniu do innych bezpiecznych przystani, ponieważ inwestorzy szukali innych sposobów ograniczenia ryzyka.

Każdy kryzys wygląda trochę inaczej

Kiedy jednak wstrząsy finansowe uderzyły w USA na początku światowego kryzysu finansowego w 2008 roku, wartość dolara niespodziewanie wzrosła w stosunku do innych walut, zaskakując ekonomistów i pokazując, jak trudno jest czasem przewidzieć zachowanie bezpiecznych przystani.

Eksperci zauważają, że ceny złota „są wskaźnikiem kondycji gospodarki”, ponieważ gdy istnieje wysokie ryzyko, inwestorzy zwracają się do tego metalu szlachetnego, aby chronić kapitał. Kiedy gospodarka radzi sobie dobrze, złoto traci na atrakcyjności. Pokazał to globalny kryzys finansowy: wskaźnik PPI złota wzrósł o prawie 25 procent między 2008 a 2010 r. Następnie, zgodnie z oczekiwaniami, cena złota spadła po kryzysie – 22 procent do 2012 roku. 

Reklama

Jen japoński, kolejna bezpieczna przystań, był jedyną azjatycką walutą, która zyskała na wartości podczas ostatniej recesji, wpływając na globalną gospodarkę i zmieniając układ sił na światowych rynkach walutowych.

Frank szwajcarski również umacniał się podczas globalnego kryzysu finansowego, ale jego wpływ na rynki międzynarodowe był minimalny w porównaniu do dolara, złota oraz jena. 

Ucieczka do amerykańskich obligacji skarbowych i dolara w czasie kryzysu finansowego spowodowała niedobór USD, który sprawił, że „operacyjnie trudno było pożyczyć” dolara, powodując dramatyczny spadek handlu międzynarodowego. Z tego powodu niełatwo było uzyskać finansowanie w dolarach do handlu z innymi krajami, z wyjątkiem krajów bezpiecznej przystani, ponieważ banki w tym czasie odmawiały udzielania pożyczek transgranicznych z powodu wysokiego ryzyka. W rezultacie wiele przepływów finansowych zostało skierowanych z powrotem do USA.

Komu są na rękę silne waluty?

Wzmacniający się dolar zaszkodził eksporterom z USA, ale pomógł importerom. Podobnie siła jena wpłynęła negatywnie na japońskich producentów i eksporterów. Ale zmniejszone wydatki konsumpcyjne w USA oznaczały niski popyt na import, szczególnie szkodząc japońskim firmom eksportowym. Import USA z Japonii spadł o 40 procent na początku 2009 r.

Sposób, w jaki waluty i aktywa bezpiecznej przystani, zwłaszcza dolar, reagowały na wydarzenia podczas ostatniego kryzysu, doprowadził do zasadniczej zmiany w sposobie, w jaki eksperci postrzegają światową gospodarkę. Ekonomiści rozumieją teraz, że bezpieczne przystanie nie zawsze są zgodne z historycznymi wzorami, mają na nie wpływ określone okoliczności i mogą działać w nieoczekiwany sposób.

Reklama

Według artykułu z Financial Times z końca 2017 r. Eksperci uważają obecnie, że przyjmowanie założeń dotyczących bezpiecznych walut i aktywów jest czynnością „obarczoną ryzykiem”. Na przykład w okresach „ryzyka”, gdy rynki wykazują ucieczkę do mniej ryzykownych aktywów, takich jak obligacje - od 2007 do 2016 r. dolar był drugim najbardziej konsekwentnym bezpiecznym schronieniem. Ale USD nie zachowywał się jak waluta bezpiecznej przystani przez ostatnie trzy lata i wykazywał tendencję do spadania, a nie wzrostu w czasach ryzykownych zachowań rynkowych. Innymi słowy, eksperci sugerują, że próba przewidzenia wahań bezpiecznych przystani może sama w sobie stanowić ryzyko.

Nieprzewidywalność szwajcarskiego banku

Szwajcarski Bank Narodowy, w skrócie SNB (Swiss National Bank), który został założony w 1907 roku, pełni funkcję banku centralnego w tym kraju. Jako jeden z niewielu krajów zachodniej Europy, Szwajcaria nie należy do Unii Europejskiej i strefy euro.

Jak możemy wyjaśnić popularność oraz siłę franka szwajcarskiego? Istotnymi elementami są zdrowe fundamenty ekonomiczno-polityczno-społeczne oraz tradycyjne postrzeganie Szwajcarii jako "safe-heaven". Kolejne kwestie to neutralność państwa, rozwinięty system finansowy oraz tajemnica bankowa. Sprawia to, że Szwajcaria ma miano jednej z najbezpieczniejszych przystani dla światowego kapitału. Dzięki temu możemy obserwować, szczególnie w czasach niepewności, wzmożony popyt na franka szwajcarskiego. Dodajmy, iż wielu miliarderów na świecie dywersyfikuje swój kapitał, lokując jego część właśnie we franku. 

Szwajcaria nazywana więc bywa skarbcem świata. Ma on jednak ograniczoną pojemność. Podaż franka szwajcarskiego jest ograniczona przez potencjał szwajcarskiej gospodarki, która mimo tego, że jest zdrowa, z trudem absorbuje szybki napływ dużego kapitału. Efektem tego bywają mocne wzrost kursu franka, co nie sprzyja rozwojowi szwajcarskiej gospodarki, a dodatkowo rodzi presje deflacyjne. 

Szwajcaria bywa „dzika”

Próbę rozwiązania tego dylematu podjęły władze Narodowego Banku Szwajcarii w 2011 roku, starając się osłabić franka poprzez ostre działania interwencyjne. 

Reklama

6 września 2011 roku nad ranem, kurs euro do franka (EUR/CHF) oscylował w okolicach 1,10-1,11. Mniej więcej godzinę po otwarciu europejskich giełd, rynkiem walutowym wstrząsnął komunikat SNB:

"SNB ustala minimalny kurs wymiany kursu CHF na 1,20 za euro"

Tak SNB motywował tę decyzję:

"Obecne olbrzymie przewartościowanie franka szwajcarskiego zagraża szwajcarskiej gospodarce i generuje ryzyko rozwoju deflacji. W związku z tym, SNB jest przygotowany do skupu walut obcych w nielimitowanych ilościach."

W komunikacie tym pojawiła się informacja, że nawet przy poziomie 1,20 za euro, frank jest zbyt mocny i powinien się z czasem osłabić. Jeśli perspektywy gospodarcze oraz ryzyko deflacji będzie tego wymagało, SNB gotów jest podjąć kolejne kroki. Działanie takie wzbudziło wiele kontrowersji, ale pozwoliło na długoterminową stabilizację na rynku franka.

Reklama

„Czarny czwartek”, czyli uwolnienie kursu szwajcarskiej waluty
Po latach utrzymywania polityki kursu minimalnego SNB zdecydował się jednak na ekstremalny oraz niespodziewany ruch. 15 stycznia 2015 obniżył stopy procentowe o 50 pb do negatywnych 0,75% oraz, wbrew temu co wielokrotnie wcześniej powtarzał, zniósł całkowicie kurs minimalny na parze walutowej euro do franka (EUR/CHF), wywołując szok i panikę na rynkach finansowych.

Ustanowienie kursu minimalnego na poziomie wyższym od dotychczasowego można rozumieć jako dewaluację – interwencyjne osłabienie franka. SNB liczył, że rynek, widząc determinację władz monetarnych nie będzie już tak chętny do kupowania szwajcarskiej waluty, a to spowoduje samoistną deprecjację kursu EUR/CHF.

Rynek zareagował natychmiast. Decyzja stanowiła zaskoczenie dla analityków i uczestników rynków finansowych. Doszło do paniki i efektu kuli śnieżnej, a frank szwajcarski silnie umocnił się wobec głównych walut.

Powstała luka w płynności, na którą SNB nie był przygotowany, sięgnęła ona co najmniej 20% i była największą w historii. Notowania par walutowych z frankiem szwajcarskim zostały wstrzymane na kilkadziesiąt minut. Luki cenowe, mimo zamykania otwartych pozycji, doprowadziły do ujemnych sald w portfelach uczestników rynku forex. Wielu brokerów odnotowało tego dnia milionowe straty na kontach swoich klientów.

Decyzja SNB przyniosła konsekwencje dla osób spłacających kredyty, szczególnie na rynku mieszkaniowym. Kredytobiorcy, którzy zdecydowali się na kredyt w szwajcarskiej walucie, której kurs pozostawał dotąd na niskim poziomie, zmuszeni są do dziś spłacać zdecydowanie wyższe raty. 

Reklama

SNB w swoim postępowaniu nie wykazał odpowiednich działań mających na celu łagodzenie wpływu ich decyzji na rynki finansowe. Nie przeciwdziałał nadmiernej zmienności na rynku walutowym, która była do przewidzenia. Tym samym styl komunikowania działań SNB odbiegał od kanonu innych banków centralnych z krajów rozwiniętych, które zmianę nastawienia komunikują stopniowo, starając się przygotować rynki i nie powodować szoków.

Obecne działania SNB

Władze monetarne Szwajcarii niedawno oficjalnie zakomunikowały, że "jeszcze mocniej interweniują na rynku walutowym, aby ustabilizować sytuację”. Słowa SNB są poparte przez statystyki, z których wynika, że tylko w ubiegłym tygodniu depozyty sektora bankowego zwiększyły się o 5,8 mld franków. To największy tygodniowy przyrost od połowy 2016 roku, gdy na rynkach panowała panika po brytyjskim referendum.

Po tygodniowych danych o depozytach banków komercyjnych analitycy szacują skalę interwencji walutowych SNB. Bank centralny Szwajcarii nie podaje bowiem do publicznej wiadomości wartości i czasu dokonywanych zakupów walut obcych. Możemy jednak z dużym prawdopodobieństwem sądzić, że w ostatnich tygodniach skala tych interwencji znacząco wzrosła.

Patrząc na wykres, łatwo zauważyć, że SNB przestał bronić poziomu 1,06 na parze euro do franka. Linie obronne zostały przesunięte na nieokreślone miejsce pomiędzy poziomami 1,05 a 1,06.

Japonia na skraju recesji

Kraj Kwitnącej Wiśni zanotował natomiast ostatnio sześcioprocentowy spadek PKB, co stanowi największe załamanie japońskiej  gospodarki od 2014 roku. Na mocno niekorzystną sytuację olbrzymi wpływ miał oczywiście COVID-19, który uderzył w wiele istotnych sektorów gospodarki (miedzy innymi w turystykę oraz produkcję). Istotną rolę w rozwoju problemów ekonomicznych spełniła także kolejna podwyżka podatków w tym kraju. Gospodarka Japonii od wielu lat cierpi z powodu kryzysu, który pojawił się tam w roku 1991. Pękła wówczas gospodarcza „mydlana bańka” i zakończył się okres dynamicznego rozwoju. Zostały wprowadzone bardzo wysokie podatki, a kraj zadłużył się na 250% swojego PKB. Niepewna sytuacja ekonomiczna Japonii każe nam więc poddać w wątpliwość obecne postrzeganie jena jako bezpiecznej przystani.

Jak dolar, frank i jen będą reagować na nadchodzący kryzys?

Reklama

Podczas ostatniego kryzysu finansowego w roku 2008 dolar, frank oraz jen znacznie umocniły się względem polskiej złotówki. Wiele wydaje się wskazywać na to, że w przypadku rozwoju globalnego strachu, dolar amerykański będzie ulegał największej aprecjacji w relacji do polskiego złotego spośród tych walut. W przypadku franka ryzyko nieoczekiwanych działań banku centralnego Szwajcarii jest niestety całkiem realne. Jeśli natomiast chodzi o jena, istotną kwestią będzie to, w jaki sposób gospodarka japońska poradzi sobie z koronawirusem. 

Spojrzyjmy na koniec w jeszcze bardziej odległą przeszłość. W wyniku Wielkiego Kryzysu z roku 1929 kurs dolara długoterminowo znacznie umocnił się względem jena japońskiego. W 1920 r. za jednego dolara trzeba było zapłacić średnio 1,99 JPY, w 1930 r. 2,02 JPY, a w roku 1940 już 4,27 jena. Amerykańska waluta osłabiła się natomiast wobec franka szwajcarskiego. Dolar w roku 1920 kosztował średnio 5,92 CHF, w 1930 r. 5,16 CHF, a w roku 1940 tylko 4,41 franka. Pamiętajmy, iż amerykańska waluta opierała się wówczas na parytecie złota. Obecna sytuacja na rynku walutowym wygląda pod względem zabezpieczenia zupełnie inaczej, a największa w historii ludzkości ilość gotówki na rynkach każe nam poważnie traktować zagrożenie dewaluacji fizycznego pieniądza i wprowadzenia w ciągu najbliższych lat walut cyfrowych. Choć nadal byłyby one emitowane przez banki centralne, zmieniłyby diametralnie cały system finansowy, wprowadzając ekonomię w zupełnie nową fazę rozwoju.

Czytaj więcej