• Odbierz prezent
Sytuacja na rynku akcji. Co z indeksem WIG20? Warszawa jest postrzegana mocno spekulacyjnie

Dziś czwartek, a więc pochylamy się nad wątkiem nastrojów na rynkach akcji. Wybór tego dnia nie jest przypadkowy. To właśnie w czwartek publikowane są wyniki ankiet przeprowadzanych przez amerykańskie i polskie stowarzyszenie inwestorów indywidualnych. Biorący udział w ankiecie określają swoje oczekiwania co do ruchu cen w perspektywie najbliższego półrocza. Rozkład wyników, a szczególnie wskaźnik liczony jako różnica między udziałem byków, a udziałem niedźwiedzi, ma nam powiedzieć, jakie nastroje panują wśród graczy indywidualnych.

Nieco przykre jest to, że te wyniki odczytuje się jak w negatywie, czyli kontrariańsko. Gdy przeważa optymizm, warto być czujnym, czy przypadkiem wzrost cen nie zbliża się do końca. Gdy zaś przeważa pesymizm, warto poszukiwać oznak końca ewentualnej przeceny. Analiza nastrojów lepiej radzi sobie z okresami pesymizmu i wtedy wskazania są bardziej wiarygodne. Nie ma bowiem wpływu osób spoza rynku. Wtedy nadmierny pesymizm relatywnie szybko znajduje odzwierciedlenie w oczekiwanym zachowaniu cen. Gdy zaś panuje optymizm, to sprawa jest bardziej złożona, gdyż wzrost cen, z jakim ten optymizm się wiąże, może trwać dłużej za sprawą napływu nowych osób, które grupowo są w stanie podtrzymać dobrą koniunkturę.

Liczba byków i niedźwiedzi wśród inwestorów amerykańskich jest zbliżona na korzyść tych drugich (tzw. remis ze wskazaniem). W przypadku polskich inwestorów skala optymizmu jest większa i respondenci oczekujący wzrostu cen są w wyraźnej przewadze. Jest ich dwukrotnie więcej niż tych, którzy zakładają możliwość spadku cen. To jest z pewnością czynnik, który należy brać pod uwagę przy ocenie szans na kontynuację wzrostu, ale nie jest on decydujący. Pamiętajmy, że nasz rynek jest specyficzny, choćby ze względu na płynność. W historii polskiego parkietu zdarzały się już okresy, gdy nagłe i silne pojawienie się kapitału zagranicznego rozbijało wszelkie koncepcje rozgrywania rynku przez rodzimych graczy. Zresztą, jak wspomniałem, w okresie optymizmu nie warto się spieszyć z opiniami o końcu wzrostu (czekamy na sygnały, które to potwierdzą), bo ten może trwać mimo powszechnej radości stałych bywalców parkietu dzięki napływowi kapitału, który wcześniej na parkiecie nie był.

W Stanach dużo się mówi o wpływie na rynek millenialsów, którzy podobno odkryli radość spekulacji m.in. dzięki aplikacji Robinhood. Ogromna liczba nowych rachunków liczona w milionach ma być podobno jednym z czynników, który stoi za wzrostem cen. Wprawdzie nie sądzę, by faktycznie było jedyne źródło popytu (duże fundusze państw eksporterów ropy także stały po stronie kupujących), ale bezsprzecznie można uznać, że jest to kapitał, który prawdopodobnie wcześniej na rynku nie był. Tym bardziej prawdopodobne, że jeśli faktycznie (pozostają mi domysły bazujące na opiniach) gros klientów Robinhooda to młodzi ludzie do 30-tki to mielibyśmy do czynienia ze znaczącą zmianą nastawienia do inwestycji w akcje w tej grupie Do niedawna były to osoby, które wg badań socjologicznych stroniły od ryzyka i pogardzały Wall Street. Czy rzeczywiście 11 lat hossy wywarło na nich takie wrażenie, że teraz już bez strachu kupują akcje? Bez strachu, bo ogromna liczba rachunków pojawiała się w czasie pandemicznej przeceny. Zjazd został odebrany jako okazja do zaangażowania się. To osławione i pogardzane przez profesjonalistów “buy the dip” (kupuj w dołkach). W tym wypadku taki duży dip.

Jeśli na rynku pojawiają się osoby, które wcześniej od niego niemal doktrynalnie stroniły, to ważną wskazówkę strategiczną. Jest to grupa nowych inwestorów, którzy nie mają pojęcia o spekulacji i ryzyku, co ma przełożenie na ocenę perspektyw rynku. To jest bowiem przesłanka za tym, by odbierać fazę wzrostu cen jaką ostatnią w hossie. Nie oznacza to, że sam wzrost się zaraz zakończy. Może jeszcze trwać, ale dopiero po nim nastąpi faza dekoniunktury. Trzeba sobie zdać sprawą, że marzec, owszm był dynamiczny, ale skala przeceny nie odpowiada poważnej bessie. Ta jest jeszcze przed nami. Na razie nią nie należy się przejmować, a przynajmniej jej nie obawiać. Jako spekulanci do rynku pochodzimy z dystansem szukając możliwości podpięcia się pod stronę, która ma przewagę. Przewaga jest po stronie kupna i walka z tym faktem może być bolesna.

Pojawienie się na rynku osób, które wcześniej były od niego daleko zamyka pewien cykl. Ponad dekada wzrostów w USA uśpiła ostrożność. Tegoroczny spadek szybko odrobiony tylko potwierdzi przeświadczenie, że jeśli zaciśnie się zęby, to po prostu wystarczy przetrzymać okres dekoniunktury i zawsze się zarobi. Oczywiście nic bardziej mylnego, ale o tym muszą się oni przekonać po długotrwałym spadku.

W Polsce mamy swój wątek zewnętrznego kapitału. Giełda nad Wisłą nie ma dobrej prasy, ani pozytywnego obrazu. Jest zupełnie w innym miejscu cyklu. Tu nowych rekordów na WIG20 nie ma co się spodziewać (też za sprawą takiego, a nie innego składu), ale w grupie mniejszych spółek zainteresowanie jest spore. Warszawa jako płytki parkiet jest postrzegana mocno spekulacyjnie. Gdy w USA indeksy będą bić nowe rekordy, to i u nas ceny będą rosnąć. Dynamika jednak będzie zależała od tego, czy pojawi się kapitał zagraniczny. Rodzimym za wiele się nie zdziała. A to już trudno prognozować, bo to nie rynek, a pojedyncze decyzje zarządzających.

 


Kamil Jaros

Analityk mBank Biuro Maklerskie

Przejdź do artykułów autora
Zamknij

Koszyk