• Odbierz prezent
O pandemii, energii i cenach regulowanych
fot. freepik.com

Przez dwie ostatnie dekady ceny prądu w Polsce można było uznać za stabilne. Analizując wykresy ceny 1kWh energii - czyli kosztu działania standardowego czajnika elektrycznego przez pół godziny - zauważymy co prawda jej wzrost, jednakże ma on charakter ewolucyjny. W porównaniu do roku 2001, w 2020 płaciliśmy prawie 100% więcej za energię elektryczną, ale w tym samym czasie znacząco wzrosły też średnie pensje w Polsce: według danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, odpowiednio z ok. 2 000 zł do 5 100 zł. To oznacza dwuipółkrotny przyrost średniej kwoty wynagrodzenia - i jednocześnie stanowi powód, dla którego cena „prądu” była postrzegana jako relatywnie stała.

O pandemii, energii i cenach regulowanych - 1

Szok dla energetyki

Wszystko zmieniła pandemia COVID-19, która w pierwszej fazie przyniosła zamrożenie gospodarek większości państw na świecie, a także gospodarki globalnej. Skutkiem tego było znaczące ograniczenie popytu na niemal wszystkie rodzaje produktów, towarów i dóbr konsumpcyjnych (oczywiście za wyjątkiem środków ochrony osobistej). Na niższy popyt zareagowała podaż, w tym chociażby elektrownie, które musiały ograniczyć wytwarzanie energii. Kolejnym etapem było gwałtowne, skokowe odmrożenie gospodarek, eksplozja popytu (w zasadzie na wszystko) i - będąca jej konsekwencją - pogoń podaży. Środki finansowe, których ludzie nie wykorzystali w pandemii i które akumulowały się w bankach (przy niemal zerowym oprocentowaniu), trafiły gwałtownym i szerokim strumieniem do gospodarki. W rezultacie, przemysł wytwórczy, samochodowy, budowlany, turystyczny i wiele innych wygenerowały olbrzymi popyt na energię.

Tymczasem, polscy wytwórcy energii elektrycznej napotkali poważny problem - podczas pandemii ograniczono wydobycie węgla. Odtworzenie ściany wydobywczej w kopalni trwa około 4-5 miesięcy, co spowodowało niedobory surowca na rynku. Popyt na energię był nie tylko wewnętrzny. Polska eksportowała bowiem znaczącą część wytwarzanej energii do krajów ościennych przez połączone systemy elektroenergetyczne, gdyż w Europie Zachodniej jej cena była wyższa, wskutek sukcesywnego zamykania elektrowni jądrowych i węglowych oraz za sprawą drastycznego wzrostu cen gazu. Tak duży popyt zawsze powoduje, że do pracy włączane są droższe, mniej efektywne jednostki wytwórcze, co ma bezpośredni wpływ na cenę.  

Powyższy wywód mógłby w zasadzie wyczerpać odpowiedź na pytanie: „czemu ten prąd jest taki drogi?”. Klasyka ekonomii - wzrost popytu na dobra ograniczone ilościowo wywołuje wzrost ceny tego dobra. Jednakże na rynku energii, kwestia cen jest bardziej złożona. Zatem spróbujmy się jej przyjrzeć nieco bliżej.

Silna ręka regulatora

Co prawda, przysłowiowy „prąd w gniazdku” jest co do zasady taki sam, ale ceny za energię elektryczną różnią się w zależności od tego, komu jest ona dostarczana. Energia dla gospodarstw domowych podlega kontroli Urzędu Regulacji Energetyki (URE). Co roku, największe firmy energetyczne w kraju prognozują popyt na energię, koszty jej wytworzenia oraz przesyłu i na tej podstawie szacują, ile konsument musiałby za nią zapłacić. Następnie zwracają się do Urzędu Regulacji Energetyki z wnioskiem o zatwierdzenie ceny, pokrywającej koszty prowadzonej działalności. URE ma w tym zakresie autonomię decyzyjną, którą wykorzystuje do łagodzenia wpływu wahań cen rynkowych na gospodarstwa domowe (czytaj: ustala ceny na poziomie „bezpiecznym” dla tych gospodarstw). Trzeba jednak mieć świadomość, że w ostatecznym rozrachunku cena rynkowa energii musi znaleźć odzwierciedlenie w całości ceny energii - w praktyce, koszt ten muszą ponieść przede wszystkim spółki obrotu.

Zgoła inaczej wygląda sytuacja w przypadku przedsiębiorców – ci nabywają energię na wolnym rynku. Nie posiadają „bezpiecznika” w postaci URE, w związku z czym są zdecydowanie bardziej dotknięci wysokimi cenami energii. Większe firmy mają możliwość zabezpieczenia ceny na Towarowej Giełdzie Energii (TGE), posiadając status członka TGE lub będąc klientem domu maklerskiego, posiadającego dostęp do tej giełdy. Nie jest to więc rozwiązanie uniwersalne i powszechnie dostępne, aczkolwiek należy mieć nadzieję, że wraz z rozwojem krajowego rynku energetycznego będzie się ono popularyzowało.

Kilowatogodzinę sprzedam

Klienci indywidualni płacą określoną kwotę za kilowatogodzinę. Czy jest to jednak dobre odzwierciedlenie ceny energii elektrycznej? Niestety nie. Po pierwsze, ze względu na opisany powyżej system zatwierdzania cen przez URE. Po drugie dlatego, że prąd ma bardzo różne ceny w każdej godzinie doby. Dlaczego tak się dzieje?

Pomyślmy: o czwartej nad ranem większość z nas śpi. Część przemysłu jest nieaktywna, nie pracują komputery, klimatyzatory i mnóstwo innych urządzeń elektrycznych. Dlatego cena giełdowa energii w styczniu tego roku na godzinę czwartą rano wynosiła 435 zł, a na osiemnastą - będącą w energetyce jedną z godzin szczytowego poboru - 890 zł. Średnia cena dla całego stycznia tego roku i każdej godziny w dobie to ok. 674 zł, zaś maksymalna, jaka w tym miesiącu wystąpiła (w dniu 11 stycznia br. o godzinie 17:00) - aż 1800 zł. To ceny, po których zawierane są transakcje na TGE - są to czyste ceny na rynku hurtowym, bez żadnych dodatkowych opłat. Tymczasem energia elektryczna, która trafia do gniazdka, wyceniona zostaje zupełnie inaczej. Odbiorca końcowy, czyli gospodarstwo domowe, płaci za nią wartość ustaloną przez URE, a firmy - cenę rynkową uzgodnioną ze swoim sprzedawcą prądu.

W tym miejscu warto wskazać na skalę wyzwania, przed którym stoją firmy energetyczne w relacji do gospodarstw domowych: taryfy detaliczne, zatwierdzone przez URE na rok 2022, to ok. 42 grosze za 1 kWh, czyli 420 zł za MWh. Tymczasem, jak wskazano powyżej, średnia cena giełdowa megawatogodziny w całym styczniu 2022 roku wynosiła 674 zł, a należy pamiętać, że do ceny hurtowej dochodzą również inne komponenty cenowe, takie jak zakup praw majątkowych OZE czy praw majątkowych efektywności energetycznej.

Ziarnko do ziarnka

Wiele osób zastanawia się, co właściwie składa się na cenę energii. Spróbujmy więc przyjrzeć się dokładniej temu zagadnieniu.

Należy tu rozróżnić dwa główne elementy: składowe samej ceny energii oraz składowe rachunku za prąd, który każdy z nas otrzymuje. W tym pierwszym, największym kosztem nie jest wcale nabywanie paliw do elektrowni czy koszty pracy - a stanowią one tzw. uprawnienia do emisji. Według szacunków, aktualnie ich waga w cenie energii to ok. 59%. Czym są? Instrumentem mechanizmu ETS, przyjętym do zastosowania przez wszystkie kraje Unii Europejskiej oraz część krajów niebędących członkami UE. Mechanizm ten zakłada, że emisja 1 tony CO2 do atmosfery jest możliwa tylko wtedy, jeśli nabędzie się - i umorzy - 1 uprawnienie do emisji. Łączna liczba uprawnień do emisji z roku na rok spada, zatem podaż tego instrumentu maleje. Tym samym jego cena rośnie i - niestety - jest to zjawisko zaplanowane w ramach unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji. Od początku koncepcja ETS zakładała, że uprawnienia do emisji będą coraz droższe, co ma motywować do transformacji energetycznej w kierunku źródeł bezemisyjnych. Przykładowo, jeśli 5 lat temu koszt wygenerowania 1MWh wynosił 200 zł/MWh, a cena uprawnienia do emisji CO2 - 100 zł, to koszt łączny zamykał się w 300 zł. Dziś, kiedy uprawnienia do emisji kosztują 360 zł, megawatogodzina drożeje (średnio) do 600 - 700 zł.

W tym kontekście warto zauważyć, że koszty własne firm energetycznych „ważą” w cenie energii mniej niż 10%, a średnia marża na sprzedaży to ledwie 1%.

Na rachunku za prąd pojawia się jednak o wiele więcej pozycji i opłat, takich jak: energia czynna, opłata dystrybucyjna zmienna/sieciowa, opłata dystrybucyjna/przesyłowa stała, opłata przejściowa, opłata abonamentowa, opłata OZE całodobowa, opłata mocowa i wreszcie - opłata jakościowa.

O pandemii, energii i cenach regulowanych - 2

Opłatami rachunek stoi

Przyjrzyjmy się kolejnym pozycjom na fakturach za prąd. Energia czynna to cena za samą energię – zawiera ona wspomniane powyżej koszty produkcji energii oraz nabycia uprawnień do emisji. Opłata dystrybucyjna zmienna/sieciowa zależy od naszego zużycia energii i pokrywa koszty linii przesyłowych, po których energia „płynie” od sprzedawcy do odbiorcy. Opłata dystrybucyjna/przesyłowa stała nie zależy z kolei od zużycia prądu, a jej celem jest zapewnienie finansowania kosztów eksploatacji i konserwacji urządzeń elektrycznych oraz sieci. Opłata przejściowa natomiast została ustanowiona w celu sfinansowania straty powstałej u dostawców energii elektrycznej, w związku z wycofaniem tzw. kontraktów długoterminowych (KDT) w 2007 roku. KDT gwarantowały zakładom energetycznym sprzedaż energii elektrycznej po cenie z góry określonej w kolejnych latach, dzięki czemu mogły one lepiej planować inwestycje i finansowanie działalności w znacznie dłuższym horyzoncie czasowym. Opłata abonamentowa to koszt obsługi klienta przez sprzedawcę - w tym zawiera się m.in.: koszt dokonywania odczytów liczników, rozliczania i fakturowania za zużytą energię. Kolejna na liście opłata OZE ma za zadanie zapewnić finansowanie dalszego rozwoju odnawialnych źródeł energii.

Nieco więcej uwagi należy poświęcić opłacie mocowej. To stosunkowo nowa składowa naszego rachunku, choć nie mniej istotna. Jej celem jest bowiem finansowanie tzw. rezerwy mocowej. Chodzi o to, aby elektrowniom opłacało się utrzymywać w gotowości dodatkowe moce wytwórcze, które mogą być w każdej chwili uruchomione w przypadku awarii którejś z dużych elektrowni w Polsce. Utrzymywanie takiego bloku w sprawności i gotowości do uruchomienia jest kosztowne, ale konieczne, aby zapewnić stabilność dostaw energii do klientów.

Ostatnia na liście jest opłata jakościowa. Ona również zależy od zużycia energii i finansuje koszty utrzymania równowagi w systemie elektroenergetycznym. Na początku tego artykułu wskazywałem, że cena energii w trakcie doby mocno się zmienia, bo cały czas zmienia się podaż i popyt na energię. Staje się zatem konieczne, aby na bieżąco śledzić jej zużycie i na podstawie danych historycznych prognozować, jak będzie ono kształtować się w najbliższej dobie (jako ciekawostkę podam, że w tych szacunkach uwzględniana jest nawet prognoza pogody - w końcu, jeśli ma być upał, można przyjąć, że ruszą klimatyzatory...). Dla zachowania równowagi w systemie energetycznym konieczne jest szybkie reagowanie na awarie lub występującą nadprodukcję - i zapewnieniem tej równowagi zajmuje się operator systemu przesyłowego, którego funkcję w Polsce pełnią Polskie Sieci Elektroenergetyczne S.A. Rzecz jasna nie za darmo, bo ich praca generuje realne koszty.

Podsumowując - jeśli spojrzą Państwo na swoje faktury za prąd, może się okazać, że koszty energii czynnej to około połowa całego rachunku. Reszta jest związana z kosztami, o których pisałem powyżej. Nie zmienia to faktu, że ceny uprawnień do emisji są bardzo istotnym czynnikiem cenotwórczym. Jeśli bowiem przyjąć, że energia waży w rachunku ok. 50%, to uprawnienia w całym koszcie, ponoszonym przez odbiorcę końcowego, mają wagę łączną aż ok. 30%.

Zielone remedium

Wiemy już, że produkcja energii z paliw kopalnych pociąga za sobą koszty uprawnień do emisji - czyli coraz mniej opłacalne staje się ich wykorzystywanie w elektrowniach. Czy zatem można przyjąć, że odnawialne źródła energii (OZE) są lekarstwem na ten stan?

I tak, i nie. Tak, bo faktycznie energia elektryczna wytwarzana dzięki energii słonecznej lub wiatrowej dziś jest już tańsza, niż ta wytwarzana ze spalania węgla, a nawet z użyciem gazu (przede wszystkim ze względu na obciążenie produkcji energii z węgla i gazu kosztami uprawnień do emisji CO₂, którymi nie jest obarczona energia z OZE). Ale zarazem „nie”, bo czasem nie wieje i oczywiście jest noc, a świat nie wynalazł jeszcze takich magazynów energii, które mogłyby podtrzymać energię przez kilka godzin dla zaledwie setek tysięcy odbiorców (a co dopiero dla dużych miast, takich jak np. Warszawa czy Łódź).

Jeśli potencjał energetyczny słońca i wiatru to w klimatycznych warunkach Polski za mało, może moglibyśmy rozważyć wodę? Niestety - Polska to w zdecydowanej większości swojej powierzchni kraj równinny, dlatego możliwości budowy hydroelektrowni są ograniczone. To oznacza, że elektrowniami wodnymi też nie jesteśmy w stanie zapewnić sobie ciągłości dostaw energii - zwyczajnie nie wygenerujemy jej wystarczająco dużo.

Wszystkie technologie OZE mają swój potencjał, jednak dopiero połączenie ich w system będzie oznaczało faktyczne dokonanie się zielonej rewolucji w kraju. Potencjalnie korzystny dla Polski miks energetyczny to taki, w którym elementem stabilizującym są elektrownie jądrowe, do tego mamy duży udział OZE, magazyny energii w rozmaitych formach (magazyny per se, elektrownie szczytowo-pompowe itp.) i rezerwę mocy w postaci elektrowni węglowych lub gazowych. Jednak stworzenie takiego systemu jest trudne, czasochłonne (liczone w dekadach) i wymaga zaangażowania ogromnych środków finansowych. Do tej układanki należy dodać, toczące się własnym rytmem, zmiany w krajach UE, takie jak np. planowe wyłączenia wszystkich elektrowni jądrowych w Niemczech. Ważną kwestią są też ograniczone zasoby paliw kopalnych (i rosnące koszty ich wydobycia), na których dziś wciąż opiera się energetyka w Polsce. Ponownie kłania się klasyczna ekonomia: wraz z upływem lat, węgla będzie coraz mniej, jego wydobycie stanie się coraz droższe, więc i cena będzie rosła. Do tego dochodzi oczywiście popyt. A kiedy doda się do tego nieuchronnie rosnące ceny uprawnień do emisji - to naprawdę widać wyraźnie, jak skomplikowanym zagadnieniem jest zapewnienie stabilnego systemu energetycznego. Musimy pamiętać, że miks energetyczny kształtuje się w otoczeniu regulacyjnym nie tylko krajowym, ale i Unii Europejskiej.

Światełko w tunelu?

Czego należy się zatem spodziewać? Przy założeniu braku zmian w systemie ETS, w krótkim horyzoncie czasowym raczej nie możemy oczekiwać istotnych obniżek cen energii elektrycznej. Przeciwnie, czeka nas wszystkich duży wysiłek, aby sfinansować zieloną rewolucję. Krajobraz energetyczny mógłby się zmienić, gdyby system ETS uległ jakiejś modyfikacji. Trudno jednak założyć, że wskutek tych zmian można by było swobodnie (czytaj: tanio) emitować CO2 do atmosfery. Zakładając, że ETS zostałby zastąpiony przez rodzaj podatku, wówczas zapewne udałoby się wyeliminować wahania cen uprawnień. Jednakże koszt emisji dwutlenku węgla pozostałby w rachunkach - i raczej na pewno byłby zauważalnym ich składnikiem, przynajmniej do momentu istotnej zmiany sposobu generowania energii w Polsce, co jest złożonym procesem (zarówno pod względem inwestycyjnym, finansowym, jak i środowiskowym), który potrwać może jeszcze przez kilka najbliższych dekad.

Wojciech Maryański - Prezes Zarządu Domu Maklerskiego PGE S.A.

Artykuł jest dostępny dla czytelników magazynu FXMAG.

Chcesz uzyskać dostęp do artykułu?


Wiadomości prasowe

Wiadomości prasowe, dostarczane m.in. ze spółek giełdowych, Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych, Startup'ów oraz mikro przedsiębiorstw

Przejdź do artykułów autora
Artykuły, które powinny Cię zaciekawić..
Zamknij

Koszyk