• Sklep
  • Odbierz prezent
Jakie aktywa zdominują kolejną hosse?

Za nami ponad 10 lat hossy na światowych rynkach. W tym czasie wyróżniały się przede wszystkim akcje (zwłaszcza amerykańskie), obligacje oraz nieruchomości. Był to również okres, kiedy spółki growth (nastawione na szybki rozwój) totalnie zdominowały spółki typu value (przedsiębiorstwa o ugruntowanej pozycji na rynku).

Trudno jednak nie zauważyć, że sytuacja powoli zaczyna się komplikować. Akcje w USA od lutego 2018 roku praktycznie nie wzrosły. Spadają ceny nieruchomości w wielu liczących się krajach. Globalna gospodarka ewidentnie zwalnia, o czym dobitnie przekonują dane makroekonomiczne. Banki centralne, mając świadomość powagi sytuacji, najpierw zmieniły retorykę, a teraz zaczynają obniżać stopy procentowe (coraz częściej wspomina się też o wznowieniu dodruku przez EBC i FED).

Dodatkowo, trwa napływ kapitału do bezpiecznych aktywów. Mamy na myśli wzrost cen obligacji i złota, a także umocnienie się jena japońskiego. 
Spadki na giełdzie w ciągu kolejnego roku są bardzo prawdopodobne. Nie będziemy dywagować w jaki sposób dokładnie przebiegać będzie bessa, bo wiele zależy tutaj od działań banków centralnych. Tym razem interesuje nas fakt, iż najwięcej stracą akcje w USA (ze szczególnym uwzględnieniem spółek technologicznych), gdyż są one najsilniej przewartościowane. Nie sposób stwierdzić czy spadki będą podobne do tych z pęknięcia bańki internetowej w latach 2000-2002, ale z pewnością inwestorzy mocno je zapamiętają. To z kolei oznacza, że w trakcie kolejnej hossy królować będą zupełnie inne aktywa. Jakie? Odpowiedź wskazują nam cykle migracji kapitału.

Czym są cykle migracji kapitału?

Rynki finansowe cechują się pewnymi prawidłowościami. Należą do nich m.in. przepływy kapitału między rynkami rozwiniętymi i rozwijającymi się. 
W najprostszych słowach: jeśli podczas jednej hossy kapitał płynie na rynki rozwinięte (głównie USA), to w trakcie kolejnego cyklu tendencja się odwróci i inwestorzy będą kupować aktywa z rynków wschodzących. Czy ta teoria ma jakieś przełożenie na rzeczywistość, czy może to tylko nasze wymysły? Spójrzcie na Tabelę 1,, pokazującą wyniki rynków wschodzących oraz amerykańskiego indeksu S&P 500.

Tabela 1. Wyniki osiągane przez indeks S&P500 oraz rynki wschodzące.

Kiedy na przełomie lat 80-tych i 90-tych niektóre kraje otworzyły się gospodarczo na świat, mieliśmy hossę na rynkach wschodzących. Z kolei akcje w USA radziły sobie nieźle, ale jednak wyraźnie gorzej niż EM (Emerging Markets).

W trakcie następnej hossy (1994-2000) doczekaliśmy się totalnej dominacji USA. Dolar umacniał się, a inwestorów ogarnęła mania na punkcie spółek technologicznych. Nikogo nie obchodziło złoto czy surowce. Liczyło się inwestowanie w spółki mające fantastyczne perspektywy. Brzmi znajomo, prawda?

Pęknięcie tej bańki sprawiło, że inwestorzy zniechęcili się do inwestowania w spółki technologiczne. Kapitał skierował się ponownie w stronę rynków emerging markets. Osłabiał się dolar, co napędzało wzrosty cen surowców i złota. Niesamowicie rosły giełdy w Polsce, Brazylii czy Rosji. Mania skończyła się tak, jak zawsze, czyli pęknięciem bańki.

Po kryzysie z 2008 roku, kapitał ponownie skierował się w stronę USA. Także i tym razem wszystko przebiegało w otoczeniu umacniającego się dolara, co zaniżało cenę surowców (a więc uderzało w uzależnione od nich gospodarki krajów rozwijających się).

Dziś rynki wschodzące tak naprawdę dalej są w miejscu, w którym były w 2008 roku. W niektórych krajach EM indeksy do tej pory nie zbliżyły się do szczytów sprzed kilkunastu lat (polscy inwestorzy coś o tym wiedzą).

Migracje kapitału są zatem faktem, a nie wymysłem. Można wręcz powiedzieć, że kiedy rynek w USA rośnie, to giełdy w krajach rozwijających się stoją w miejscu, i na odwrót. Dosłownie. Widać to na wykresach amerykańskiego S&P500 i polskiego WIGu.

FXMAG surowce jakie aktywa zdominują kolejną hosse? hossa surowce s&p500 złoto srebro 1

Wykres 2. Indeks WIG

Obecna sytuacja jest łudząco podobna do tej z 2000 roku, kiedy to:

- kończyły się wzrosty na spółkach technologicznych,
- spółki growth były przewartościowane względem value, 
- rynek w USA był przewartościowany względem reszty świata,
- dolar był drogi względem walut krajów EM,
- metale i surowce były tanie względem akcji i obligacji.

Biorąc pod uwagę te wszystkie aspekty, można dojść do wniosku, że kolejna hossa będzie całkiem podobna do tej z lat 2003-2008. Pora więc wymienić kilka grup aktywów, które powinny zdominować kolejny cykl i zdobyć gigantyczną popularność wśród inwestorów.

Giełdy akcji w krajach emerging markets

Kierując się wycenami, już dziś chciałoby się zainwestować 1/3 portfela w rynki rozwijające się. Przekonuje o tym Tabela 2. Mamy tutaj wskaźniki takie, jak CAPE, cena/zysk, cena/wartość księgowa, cena/sprzedaż oraz stopa dywidendy. W przypadku pierwszych czterech obowiązuje zasada: im niższy wskaźnik, tym lepiej. Z kolei w przypadku stopy dywidendy jest odwrotnie.

Jak widać, pod względem wycen rynki EM wyglądają nieporównywalnie lepiej od rynków rozwiniętych.

Tabela 2. Porównanie poszczególnych wskaźników fundamentalnych dla określonych rynków

Pojawia się jednak pewne ale. Rynek w USA jest przewartościowany i ma spory potencjał do spadku. Tymczasem kiedy w Stanach dochodzi do spadków, rynki rozwijające się również tracą. Dlatego z tą inwestycją lepiej poczekać do odpowiedniego momentu, który przyjdzie albo po spadkach w USA, albo po ogłoszeniu gigantycznego skupu aktywów przez banki centralne.

Podczas kolejnego cyklu bardzo tanio wycenione rynki (Polska, Rosja, Turcja, Czechy) powinny przynosić wspaniałe wyniki. W przypadku wymienionych giełd wskaźnik CAPE oscyluje w granicach 7-11. Z kolei dane historyczne pokazują, że tak nisko wycenione rynki zazwyczaj przynosiły w kolejnej dekadzie zyski rzędu 9-10% rocznie.

Podsumowując, za rajdem rynków EM podczas kolejnej hossy przemawiają zarówno migracje kapitału, jak i obecne wyceny. Sprzyjają im też cykle dolarowe, o których powiemy teraz parę słów.

Waluty krajów Emerging Markets

Podobnie jak kapitał migruje od rynków rozwiniętych do rozwijających się i na odwrót, tak niemal identycznie sytuacja wygląda na rynku walut. Kiedy kapitał płynie do aktywów w krajach rozwiniętych (głównie USA) powoduje to również umocnienie dolara. Z kolei wraz z początkiem kolejnej hossy dolar zaczyna słabnąć, na czym zyskują surowce, metale, ale również waluty krajów emerging markets (w większości powiązane dość mocno z surowcami).

Efektem tych przepływów kapitału są tzw. 16-letnie cykle dolarowe.

Wykres 3. Indeks dolara.

Zauważ, że pierwszy szczyt przypadł na 1985 rok. Był to czas, kiedy amerykańska giełda była mocno rozpędzona. Następnie w 1987 roku doszło do ostrych spadków, a w kolejnych latach to rynki EM mocno zyskiwały. Indeks dolara zaliczył dno w 1992 roku, a następnie stopniowo się umacniał. Na fali opisanej hossy internetowej, do dolara płynął coraz większy kapitał. Szczyt osiągnięto w roku 2001. Był to punkt kulminacyjny, po którym pojawiła się recesja, która zawsze napędza dodatkowo dolara (ze względu na niepokój na rynkach, ludzie wybierają główne waluty).

W kolejnych latach, już po pęknięciu bańki, uwagę zaczęły zwracać aktywa materialne. W tym miejscu warto wyjaśnić jedną kwestię: skoro rosną np. surowce, wydobywane w dużej mierze w krajach EM, to znaczy, że te gospodarki znajdują się w coraz lepszej sytuacji (rosną zyski przedsiębiorstw). Kraje rozwijające się przyciągają inwestorów, a więc rośnie popyt na ich walutę.

Tak właśnie było w latach 2003-2008. Warto podkreślić, że dotyczyło to nie tylko gospodarek surowcowych, ale w ogóle rynków EM. Były to kraje, gdzie międzynarodowy kapitał szukał okazji na wypracowanie ponadprzeciętnych zysków, co automatycznie przekładało się na siłę lokalnych walut. Świetnym przykładem jest tutaj złoty. Jeszcze w 2001 roku kurs USD/PLN wynosił 4,5. Z kolei w 2007 roku dotarł do 1,96.

Oczywiście potem doszło do bessy, a następnie w marcu 2009 roku zaczęła się hossa, którą zdominowały Stany Zjednoczone i dolar. Kolejny szczyt na indeksie dolara został osiągnięty w 2017 roku. Potem USD zaczął tracić. Nie trwało to jednak długo i dziś znowu widzimy jego umocnienie. Czy to oznacza, że cykle dolarowe nagle stały się mrzonką? Nie, po prostu dolar obecnie jest napędzany niepewnością na rynkach finansowych. Ten etap może jeszcze potrwać, co oznaczałoby dalsze umacnianie się waluty amerykańskiej w kolejnych miesiącach. Później jednak przyjdzie nowa hossa i, biorąc pod uwagę historię, przyniesie ona powtórkę lat 2003-2008.

Teraz spójrzmy na całość z perspektywy doświadczonych, międzynarodowych inwestorów. Mają oni świadomość, że rynek w USA jest drogi, a rynki EM w większości są tanie. Wiedzą też, że kiedy zacznie się nowa hossa, waluty krajów rozwijających się będą rosły w siłę. Tymczasem wynik z inwestycji na rynkach EM zależy od dwóch rzeczy – wyników lokalnej giełdy oraz kondycji lokalnej waluty. Nie ma wątpliwości, że najbardziej doświadczeni inwestorzy już szykują się do wspaniałej okazji, jaką będą inwestycje w krajach EM.

Surowce

Skoro dolar ma się osłabiać w trakcie kolejnego cyklu, to warto przyjrzeć się aktywom, które są odwrotnie skorelowane z USD. Pierwszą tego typu grupą są surowce.

Dla osób, które rzadziej czytają o surowcach, zamieszczamy wykres na którym na zielono oznaczony został indeks dolara, a na niebiesko surowcowy indeks CRB. Odwrotna korelacja jest wyraźna.

Wykres 4. Indeks dolara (zielona linia) oraz indeks surowcowy CRB (linia niebieska).

Które surowce zyskają najsilniej? Tak naprawdę należałoby przeprowadzić dogłębną analizę popytu i podaży w każdym z przypadków, więc zwrócimy uwagę wyłącznie na wybrane. W kolejnych latach powinniśmy być świadkami rozpędzania się rewolucji motoryzacyjnej. Mamy na myśli przejście od silników spalinowych do elektrycznych. To oznacza zwiększony popyt na surowce używane do produkcji baterii, takie jak nikiel, kobalt czy lit. Jeśli wszystkiemu towarzyszyć będzie osłabienie dolara, to wystrzał cen będzie jeszcze większy.

Potencjał do wzrostu wymienionych surowców jest znaczący. Zarówno nikiel, jak i kobalt, kosztują mniej więcej tyle co 30 lat temu. Sytuacja wygląda trochę gorzej w przypadku litu (wzrost o ok. 130% od początku lat 90-tych), ale akurat ten ostatni surowiec może najsilniej skorzystać na rewolucji w motoryzacji.

Biorąc pod uwagę wszystkie surowce, największe nadzieje wiążemy z uranem. W przypadku tego surowca cena wciąż utrzymuje się poniżej kosztów wydobycia. Kilka bardzo trudnych lat sprawiło, że z rynku wypadło 90% firm. Najwięksi producenci (Cameco oraz rząd Kazachstanu) stopniowo ograniczają produkcję, nie chcąc sprzedawać surowca po zaniżonych cenach. Z kolei przywódcy wielu krajów z całego świata decydują się na uruchomienie nowych reaktorów. To oznacza, że zbliżamy się do momentu, w którym spadająca podaż surowca zderzy się z rosnącym globalnym popytem. Efekt może być tylko jeden – znaczący wzrost ceny uranu.

Skoro już mówimy o prawdopodobnej powtórce hossy z lat 2003-2008, to dodajmy, że po raz ostatni tak trudna sytuacja na rynku uranu miała miejsce w latach 2001-2002. Wówczas surowiec kosztował niecałe 10 USD za funt. W 2003 roku zaczęły się wzrosty, które trwały przez 5 lat. Hossa doprowadziła uran do poziomu 140 USD za funt!

Jeśli sam surowiec wzrósł 13-krotnie, to producenci musieli skorzystać na tym dużo bardziej. Tak też się stało. Akcje spółek wydobywających uran rosły od kilkuset do nawet kilku tysięcy procent. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, powtórka tego scenariusza jest całkiem możliwa.

Artykuł jest dostępny dla czytelników magazynu FXMAG.

Chcesz uzyskać dostęp do artykułu?


Zamknij

Koszyk