• Odbierz prezent
Deflacja największym szkodnikiem dla pieniądza. Dlaczego banki centralne chcą, abyśmy bali się spadków cen w gospodarce?
Z artykułu dowiesz się:

Czy deflacja jest szkodliwa?

Kto traci, a to zyskuje na spadających cenach produktów i usług?

Co jest lepsze dla gospodarki i konsumentów - inflacja czy deflacja?

Deflację można porównać do bielinka kapustnika – popularnego szkodnika, który niszczy poprzez swe działania zdrową kapustę. Otóż rolę banków centralnych w tym Narodowego Banku Polskiego postrzegam właśnie jako rolę nakierowaną na wyniszczenie stada owych nieprzyjemnych kapustników -takie zdanie na temat spadków cen w gospodarce wyraził na łamach Radia Maryja najchętniej wypowiadający się członek Rady Polityki Pieniężnej, Eryk Łon. I rzeczywiście, jego poglądy podziela nasz bank centralny, który robi wszystko, by nie dopuścić do deflacji, jednocześnie traktując inflację jak coś korzystnego i udowadniającego, że polska gospodarka doskonale radzi sobie ze spowolnieniem. Spór o to jaki wpływ na gospodarkę mają inflacja i deflacja toczy się od dawna i ma on nie tylko charakter polityczny, ale również wynika z samych różnic w poglądach ekonomicznych. Czy zatem da się jednoznacznie stwierdzić, że deflacja to „samo zło”? Dlaczego wzrost cen i jednoczesny spadek siły nabywczej pieniądza miałby być korzystniejszy? Dla kogo inflacja jest korzystna, a komu zaś jest nie w smak?

 

Poznaj swojego największego (?) wroga

Czym jest ów szkodnik, którym straszy Eryk Łon i którego tak bardzo obawiają się bankierzy centralni całego współczesnego świata? Najprościej mówiąc, deflacja jest przeciwieństwem inflacji (określa się ją również mianem ujemnej inflacji), czyli sytuacją w której dochodzi do długotrwałego spadku ogólnego poziomu cen, porównywanych w perspektywie rocznej i wyliczanych na podstawie koszyka produktów oraz usług (np. indeksu cen CPI i HICP). Współcześnie deflacja rzeczywiście postrzegana jest jako zjawisko ogólnie negatywne, które jest skutkiem recesji. Sama recesja jest zaś definiowana jako wyhamowanie tempa wzrostu gospodarczego i spadek konsumpcji oraz inwestycji. O występowaniu recesji zwykło się mówić, gdy w danej gospodarce przez dwa kolejne kwartały zanotowano spadek PKB. Gdy spada aktywność gospodarcza, maleje popyt konsumpcyjny i jednocześnie dochodzi do wzrostu stopy bezrobocia, wówczas rzeczywiście może dojść do spadku cen produktów i usług, czyli wystąpienia tytułowej deflacji. Wtedy rzeczywiście jest taniej, ale nie jest to odczuwalne dla konsumentów, ponieważ mają oni po prostu mniej pieniędzy. W takim przypadku deflacja jest jednym z negatywnych skutków zahamowania wzrostu gospodarczego i trudno z tym dyskutować - spadek cen wynikający z recesji, czy kryzysu ekonomicznego nie jest czymś, z czego można by się cieszyć. To jednak nie sama deflacja jest tutaj problemem, a czynniki które ją wywołały - spadek konsumpcji i inwestycji, cięcia produkcji, redukcja zatrudnienia, spadek wynagrodzeń, wzrost bezrobocia i ogólne zubożenie społeczeństwa. Stąd też twierdzenie, że spadek cen sam w sobie jest najgorszym złem to spore uproszczenie.

Czytaj także: Inflacja czy deflacja? Co grozi Polsce i światu w perspektywie 5 letniej

Jeszcze niedawno odpowiedź na pytanie tytułowe była bardzo prosta – względnie wysoki wzrost ekonomiczny, pro-konsumpcyjny 500 plus, susze i nieadekwatnie niskie stopy procentowe oznaczały nieuchronną inflację. Pandemia koronawirusa, a właściwie ekonomiczne skutki lockdownu i prawdopodobnie permanent.. Czytaj
Inflacja czy deflacja? Co grozi Polsce i światu w perspektywie 5 letniej

 

Komu przeszkadza deflacja?

Zjawisko deflacji występujące w okresach wzrostu gospodarczego, rozumianego jako utrzymywanie pozytywnej dynamiki PKB, nie jest niczym niekorzystnym. Mówiąc precyzyjniej, nie jest niekorzystne dla konsumentów i producentów i często określane jest mianem „dobrej deflacji”. Z taką sytuacją, która niestety nie występuje zbyt często, mieliśmy do czynienia w latach 2014-16, kiedy stopa inflacji w Polsce była ujemna, natomiast wzrost gospodarczy kształtował się znacznie powyżej trzech procent - od 3,40% w lipcu 2014 r. aż do szczytu na poziomie 4,60% w październiku kolejnego roku. Dlaczego taka deflacja, współwystępująca ze stabilnym wzrostem PKB, jest korzystna dla konsumentów? Przede wszystkim dlatego, że siła nabywcza pieniędzy, które zarabiają rośnie ze względu na spadające ceny, co przekłada się na utrzymanie rosnącego popytu (jest tanio, więc można pozwolić sobie na więcej). „Dobra deflacja” nie jest również szkodliwa dla przedsiębiorców, gdyż nie wpływa negatywnie na rentowność produkcji - wprawdzie wybrane produkty i usługi tanieją, ale jest to kompensowane przez stabilny wzrost samego popytu.

Niewielka deflacja nie jest zatem szkodliwa dla konsumentów, co więcej mogą oni odczuć jej pozytywne skutki, szczególnie jeśli dysponują oszczędnościami, a także, gdy wynagrodzenia w gospodarce utrzymują trend wzrostowy.

Określenie „dobra deflacja” jest jednak bezdyskusyjnym oksymoronem dla banków centralnych i dla wszystkich tych, którzy odpowiadają za budżet państwa. Wzrost siły nabywczej pieniądza jest bowiem wyjątkowo niekorzystny dla zadłużonych, a to właśnie państwa są czołowymi dłużnikami, chociażby jako emitenci obligacji skarbowych. Paradoksalnie więc, nie ma nic gorszego dla banków centralnych niż systematyczne zwiększanie się mocy nabywczej pieniądza. Jest to bowiem równoznaczne z tym, że państwowy dług wraz z odsetkami (kuponem obligacji) nabierają wartości. Z perspektywy współcześnie dominującej, ekspansywnej polityki monetarnej prowadzonej przez większość banków centralnych świata sytuacja, w której konsumenci posiadający oszczędności są w stanie osiągać zyski z samych odsetek, jednocześnie nie martwiąc się o inflację i tym samym spadek wartości pieniądza jest bardzo niekorzystna. Jest to dość znamienny konflikt interesów, gdyż bankom centralnym zależy na stymulowaniu konsumpcji i wzrostu gospodarczego, co osiąga się przede wszystkim przez obniżanie stóp procentowych, co z kolei napędza inflację i daje łatwy dostęp do kapitału, jednocześnie zniechęcając do jego gromadzenia. Obecnie bankom centralnym zależy na tym abyśmy wydawali pieniądze, zamiast chować je do skarpety, najlepiej kupując produkty i usługi, na które nas nie stać, co umożliwia nam łatwy dostęp do kredytu. I nie jest to żadna spiskowa teoria dziejów, nawołująca do „otwierania oczu” i „rozpoczęcia samodzielnego myślenia”, lecz jeden z kluczy do zrozumienia czołowej przyczyny nieprzerwanego wzrostu gospodarczego, napędzanego konsumpcją.

Czytaj także: Gasić pożar banknotami. Luzowanie ilościowe (QE) - na czym polega i jaka jest jego funkcja?

Gdy nie da się zejść niżej Luzowanie ilościowe (ang. quantitative easing), nazywane również luzowaniem polityki pieniężnej, to jeden z niestandardowych instrumentów banków centralnych, który ma charakter awaryjny i powinien być wykorzystywany wyłącznie w nadzwyczajnych sytuacjach, w których łagodni.. Czytaj
Gasić pożar banknotami. Luzowanie ilościowe (QE) - na czym polega i jaka jest jego funkcja?

 

Kto jest prawdziwym szkodnikiem dla pieniędzy?

Trzeba jednak przyznać, że Eryk Łon użył dość mało fortunnego porównania, próbując przybliżyć swoim czytelnikom zjawisko deflacji. Popularny szkodnik, jakim jest zjadający liście roślin bielinek kapustnik, bardziej pasowałby bowiem do opisu inflacji. To właśnie wzrost cen w gospodarce bezpośrednio prowadzi do dewaluacji pieniądza i spadku jego siły nabywczej - inflacja jest równoznaczna z tym, że z roku na rok za tę samą kwotę będziemy w stanie kupić mniej produktów i usług. Nie bez powodu posiadacze oszczędności próbują za wszelką cenę uchronić swoje pieniądze właśnie przed inflacją, a nie deflacją. Obecnie, w środowisku stóp procentowych bliskich zeru, jest to jednak nierealne bez podejmowania ryzyka inwestycyjnego, które wiąże się z poniesieniem strat znacznie wyższych niż wynikających z samej stopy inflacji. Mówi się, że nie ma zysku bez ryzyka, dziś jednak bez podejmowania ryzyka nie da się nawet utrzymać realnej siły nabywczej pieniądza.

 

Co ciekawe, dokładnie odmienne zdanie na temat skutków deflacji od Eryka Łona miał m.in. ekonomista i minister finansów w latach 2007-13 Jacek Rostowski. Uważał on bowiem, że postrzeganie spadków cen w gospodarce jako zjawiska negatywnego jest oparte na powszechnych mitach, często wyznawanych przez bankierów centralnych.

Warto przypomnieć, że deflacja w Polsce występowała przez ponad dwa lata - od lipca 2014 r. do listopada 2016 r. Szczyt ujemnej dynamiki zmiany cen miał miejsce w lutym 2015 r., kiedy deflacja wyniosła półtora procent. To jednak inflacja niezmiennie królowała w polskiej gospodarce, szczególnie w latach 90., kiedy to dopiero wzrost cen poniżej 10% rocznie udało się osiągnąć po raz pierwszy dopiero w październiku 1998 r.

 

Niby taniej, ale wcale nie

Jako przykład rynku, w którym występuje silna deflacja często nie do końca trafnie podaje się rynek elektroniki użytkowej, szczególnie segment sprzętu komputerowego i telekomunikacyjnego. Postęp technologiczny i premiery kolejnych serii nowych produktów są tu tak szybkie, że konkretne urządzenie tanieje z miesiąca na miesiąc. Tak nam się przynajmniej wydaje.

Dla przykładu: flagowy smartfon serii Galaxy od Samsunga podczas polskiej premiery w 2015 r. (16 kwietnia) kosztował w najtańszej wersji 2999 PLN (model S6), zaś tegoroczny model Galaxy S20, który miał premierę w marcu został wyceniony na 3949 PLN w najtańszej wersji. To wzrost o ponad 30% w ciągu zaledwie pięciu lat! Dlatego też deflacja na rynku produktów konsumenckich jest pozorna i mylnie postrzegana. Oczywiście, że tegoroczny flagowy smartfon za kilka miesięcy najprawdopodobniej będzie tańszy przynajmniej o kilkaset złotych, jednak konsumenci najczęściej wybierają najnowsze modele. Po pierwsze dlatego, że „najnowszy będzie mi dłużej służył” i jest lepszy od poprzedniego, a po drugie dlatego, że producenci bardzo dbają o to, aby nie wyprodukować zbyt wiele egzemplarzy konkretnego sprzętu. Skutkuje to tym, że zakup starszego i tańszego modelu jako nieużywanego i z pełną gwarancją może okazać się trudny, bądź niemożliwy, co nierzadko po prostu zmusza nas do zakupu najświeższego sprzętu.

Czytaj także: Czy wysoka inflacja pozostanie z nami na dłużej?

Wielu inwestorów słowo “recesja” utożsamia z pojęciem straty. Przyzwyczailiśmy się do stawiania znaku równania między obydwoma pojęciami. Przeświadczenia takiego nabyliśmy w drodze historycznego “doświadczenia” z kryzysami. Mając natomiast podstawową wiedzę ekonomiczną, doskonale zdajemy sobie spraw.. Czytaj
Czy wysoka inflacja pozostanie z nami na dłużej?

 

Najbarwniejsza postać w NBP

Eryk Łon nie po raz pierwszy zadziwia swoim barwnym językiem, jak i samymi poglądami. Ekonomista i członek RPP wypowiada się chętnie i często, nie ukrywając swoich konserwatywno-narodowych poglądów i przywiązania do religii. W zeszłym roku wsławił się wypowiedzią, w której stwierdził, że zainteresowanie Polaków inwestowaniem na rynku kapitałowym mogłoby wzrosnąć, gdyby uruchomiono fundusze inwestycyjne prowadzone w zgodzie z zasadami… katolickiej nauki społecznej. Wcześniej na łamach konserwatywnego Naszego Dziennika stwierdził, że „nawet jeżeli mówi się o obowiązku stworzenia w Europie wspólnej waluty, to przecież tą wspólną walutą może być złoty”, wzywając jednocześnie do bronienia za wszelką cenę polskiej waluty.

Abstrahując od licznych niemal absurdalnych i typowo publicystycznych wypowiedzi członka RPP, należy wspomnieć, że jest on zwolennikiem ekspansywnej polityki monetarnej, w tym szczególnie utrzymywania jak najniższych stóp procentowych. Eryk Łon proponował także rozszerzenie programu luzowania ilościowego prowadzonego przez NBP o skup akcji spółek notowanych na GPW, które znajdują się w rękach „polskiego kapitału”. Ekonomista najczęściej spośród wszystkich członków RPP wypowiada się również o rynku kapitałowym, konsekwentnie postulując m.in. zniesienie 19% podatku Belki.

Łon na początku sierpnia twierdził również, że Polska jako kraj rozwijający się ma prawo do wyższej inflacji niż nasi europejscy sąsiedzi, postulując przy tym dwukrotne rozszerzenie dopuszczalnych widełek odchylenia od celu inflacyjnego NBP. Obecnie wynosi on 2,5%, zaś próg tolerancji wynosi 1 pkt. procentowy w górę lub w dół. Gdyby propozycja Łona została wprowadzona, maksymalna inflacja w obrębie celu NBP mogłaby wynieść nawet 4,5%.

Czytaj także: Eryk Łon: NBP powinien skupować akcje "prawdziwie polskich" spółek giełdowych

Krytykowana przez wielu ekonomistów obniżka stóp procentowych do poziomu 0,10% (stopy referencyjnej) była dobrą decyzją, zaś polskiej gospodarce w najbliższym czasie nie grozi inflacja. Tak twierdzi jeden z najbardziej rozpoznawalnych członków Rady Polityki Pieniężnej, Eryk Łon. Po raz kolejny wspom.. Czytaj
Eryk Łon: NBP powinien skupować akcje "prawdziwie polskich" spółek giełdowych

 


Darek Dziduch

Project Manager portalu FXMAG, prowadzący programy "Kurs bitcoina od zera", czy satyryczno-edukacyjny "Spółki czy spod lady". Edukuje w zakresie kryptowalut, promuje inwestycje ESG i śledzi nadużycia na rynkach finansowych. Zainteresowania rynkowe łączy z wiedzą z zakresu psychologii inwestowania, którą przemyca do swoich tekstów i nagrań

Przejdź do artykułów autora
Artykuły, które powinny Cię zaciekawić..
Zamknij

Koszyk