• Odbierz prezent
„Coś tu nie gra”, czyli strategia inwestycyjna Michaela Burry’ego

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych spekulantów na świecie jest Michael Burry, który zasłynął potężnym zakładem przeciwko rynkowi nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Pomysł pozornie szalony i absurdalny, okazał się strzałem w dziesiątkę. Gdy przyjrzymy się jednak nieco dokładniej strategii Mike’a Burry’ego, okaże się, że mamy do czynienia z fenomenem, bezgranicznym pracoholikiem, który jest w stanie poświęcić dosłownie wszystko, by osiągnąć wyznaczony cel. Wykorzystajmy poniższą prezentację zarówno jako retrospekcję, jak i ostrzeżenie, bądź uświadomienie, że granie w kontrze do obowiązującego trendu, nie może być dziełem przypadku. Niezwykle popularne „sprzedawanie, gdy jest drogo” oraz „kupowanie, gdy jest tanio” w większości przypadków doprowadzi tradera do poważnych tarapatów finansowych.

Rynek nieruchomości w Stanach Zjednoczonych

Prawdopodobnie nikt nie ma wątpliwości, że Stany Zjednoczone są światową potęgą, amerykańska gospodarka jest niezniszczalna, a Amerykanie to elitarny naród, zasługujący na życie w dobrobycie. Jeżeli poprzednie zdanie wywołało u Ciebie konsternację, to zaufaj mi - w 2006 roku „każdy” miał dokładnie taki pogląd. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, aby w takich okolicznościach, jakikolwiek mieszkaniec Stanów Zjednoczonych nie mógł mieć własnego domu? Zarówno społeczeństwo, jak i sektor bankowy, rząd oraz Prezydent uważali, że każdy zasługuje na to, by mieć swój własny kąt. To wspaniałomyślne, ponieważ każdy czuje się doceniony, ważny, spełniony i szczęśliwy. Co więcej, taki obywatel jest również zabezpieczony na przyszłość, ponieważ, jak zwykło się wtedy mawiać, „rynek nieruchomości to pewniak, dlatego nasz kapitał znajduje się w bezpiecznej przystani”. Jakby tego było mało, kredyty były wtedy stosunkowo tanie, ponieważ od kilku lat w USA obowiązywały bardzo niskie stopy procentowe.

„Coś tu nie gra”, czyli strategia inwestycyjna Michaela Burry’ego - 1

Strategia Mike’a Burry’ego

Można powiedzieć, że strategia Mike’a Burry’ego jest niezwykle prosta do zrozumienia, ale jednocześnie niezwykle trudna do wykonania. Mike nigdy nie wierzy na słowo. Słucha tego, co mówią władze, media, „ulica”, a następnie dokładnie te informacje sprawdza. Tak samo było i tamtym razem. Widząc rozgrzany do czerwoności rynek nieruchomości, postanowił bardzo mocno się w niego zagłębić. Przeczytał pełną dokumentację, dotyczącą tysięcy kredytów, a jak doskonale wiemy, nie mówimy tutaj o kilkustronicowej umowie. Szczerze powiedziawszy, niewielu kredytobiorców znało pełny zapis, dotyczący ich własnej hipoteki, ponieważ uznawało to za zbyt czasochłonny i żmudny proces. Jedyne co im wystarczało, to zapewnienie, że nieruchomości są synonimem bezpieczeństwa. Burry siedział w swoim biurze tygodniami, wertując poszczególne sprawozdania oraz harmonogramy spłat. Okazało się, że poświęcony na to czas, zaowocował niezwykłym odkryciem. Stało się jasne, że systematycznie zwiększała się liczba opóźnień w spłatach kredytów. Z raportów spłat rat kredytowych wynikało, iż 30-dniowe spóźnienie było wręcz normą, a odsetek takich nieruchomości wynosił aż 50%. Co więcej, większość z tych kredytów, miało w umowach jasny zapis o zmiennej stopie procentowej. Oznacza to, że wraz z ewentualną podwyżką stóp procentowych, rata kredytowa również by wzrosła. Biorąc pod uwagę, iż już przy obecnej kwocie dochodziło do opóźnień względem harmonogramu spłat, mogłoby to doprowadzić do całkowitej niewypłacalności pożyczkobiorców. Burry ocenił, że do załamania rynku dojdzie nawet na skutek niewielkiego wzrostu stóp procentowych.

Dlaczego tak wiele osób miało problem ze spłacaniem swoich zobowiązań?

Dociekliwość Mike’a Burry’ego doprowadziła do odpowiedzi również i na to pytanie. Kredyty hipoteczne były udzielane przez placówki finansowe, a następnie zbierane w pakiety tak zwanych MBS-ów (mortgage backed securities, czyli strukturyzowanych obligacji hipotecznych) i odsprzedawane z 2% prowizją do dużych banków inwestycyjnych. Mowa o takich gigantach jak Goldman Sachs, Morgan Stanley, Lehman Brothers, Merrill Lynch czy Bear Stearns. W ten sposób, na wymyślonych w latach 70. XX w. przez Lewisa Ranieri MBS-ach, mniejsze banki zarabiały miliardy dolarów. Duże banki inwestycyjne również początkowo trwały w przeświadczeniu, że przejęcie kredytów hipotecznych to pewna inwestycja, dlatego skupowały wszystko, co było dostępne na rynku. Problem polegał na tym, że łatwe zyski zachęciły małe banki do niemoralnych czynów. Mimo że liczba kredytobiorców z akceptowalną zdolnością kredytową wyczerpywała się, banki przymykały na to oko, gdyż miały pewność, że następnego dnia odsprzedadzą udzielone kredyty rynkowym gigantom, przerzucając na nich potencjalne ryzyko. W efekcie do MBS-ów trafiały coraz bardziej ryzykowne wierzytelności. Nazwano je „kredytami subprime”. Interes kręcił się dalej, ale bomba zaczęła niepostrzeżenie tykać. Kolejnym winowajcą całego kryzysu były niewątpliwe agencje ratingowe, które za każdym razem musiały przyznać ocenę danemu pakietowi. Mowa tutaj oczywiście o najważniejszych agencjach ratingowych na świecie, takich jak Moody’s, Standard & Poor’s oraz Fitch. Można byłoby się spodziewać, że będą one niezwykle skrupulatne w swoich działaniach. Niestety fakt, iż za wystawienie wysokich ocen otrzymywały gigantyczne honoraria, generował pewną wątpliwość, czy ich analizy były wiarygodne, a nawet, czy w ogóle do nich dochodziło. W praktyce mieliśmy do czynienia z prawdziwym wyścigiem. Każda z trzech agencji chciała otrzymywać jak najwięcej zleceń, dlatego powiedzmy, że były one skłonne do współpracy… W rezultacie, pakiety oceniane w 65% na najwyższą możliwą ocenę AAA, były w rzeczywistości niemalże niespłacalne.

Pozycja krótka na amerykański rynek nieruchomości

Po odkryciu skali tego oszustwa, Burry wyszukał najgorsze jakościowo pakiety MBS-ów i postanowił zrealizować na nich krótką sprzedaż. Mike wiedział, że prędzej czy później kłamstwo wyjdzie na jaw, dlatego musiał się spieszyć. Oczywiście w czasach kiedy „każdy” uważał nieruchomości za bezpieczną przystań, rynek nie oferował instrumentów, dających ekspozycję na jego potencjalne załamanie. Burry obmyślił prosty i chytry plan. Postanowił pójść do banków i poprosić, by taki instrument został dla niego stworzony. Banki, widząc w swojej ocenie naiwnego gościa z potężnym kapitałem, nie zastanawiały się zbyt długo i chciały zrealizować deal, dający im łatwe pieniądze bez ryzyka. Michael, podczas rozmowy w banku inwestycyjnym Goldman Sachs, powiedział wprost, że chce uzyskać zysk, gdy kredyty w pakietach okażą się niespłacalne. Przedstawiciele banku nie dowierzali temu, gdyż do takiego dramatu mogłoby dojść tylko wówczas, gdyby miliony Amerykanów równocześnie przestały spłacać swoje kredyty. Oczywiście nigdy w przeszłości nie doszło do takiego zdarzenia. Specjaliści Goldman Sachs ostrzegali Burry’ego, że to bardzo nierozsądny pomysł, ale jeśli nalega, to z chęcią zajmą się jego pieniędzmi . W odpowiedzi, Michael zażądał gwarancji, że gdy już dojdzie do utraty płynności finansowej giganta, to pomimo tego otrzyma on należne mu pieniądze. W odpowiedzi na tą wypowiedź ,przedstawiciele Goldman Sachs przygotowali stosowne dokumenty. Znalazł się w nich jeden bardzo niewygodny, a wręcz niebezpieczny dla Burry’ego zapis. Musiał on mianowicie uiszczać comiesięczne opłaty za utrzymanie pozycji na spadki. Michael zgodził się na to, a następnie przedstawił 6 pakietów hipotek, które na pierwszy rzut oka wyglądały wzorcowo. Bank bez problemu je zaakceptował. Proponowany przez Goldman Sachs zakład, opiewał na kwotę 5 milionów dolarów. Burry zażądał podbicia stawki 20-krotnie, do oszałamiających 100 milionów dolarów. Pracownicy banku czuli się jak główni zwycięzcy na loterii, bo przecież takie szaleństwa normalnie się nie zdarzają. Czy to koniec? Oczywiście, że nie. Kolejny na liście był Deutche Bank i kwota 200 milionów dolarów. Następnie Burry przeprowadził jeszcze kilka kolejnych rozmów, podbijając ostatecznie wielkość swojej pozycji na załamanie rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych do 1,3 miliarda dolarów. Michael Burry prawdopodobnie miał ochotę na więcej, ale nie pozwalał na to budżet funduszu, który reprezentował. On sam zarządzał jedynie jego częścią (wartą 555 milionów dolarów). Roczny koszt utrzymania krótkich pozycji wynosił już 80-90 milionów dolarów, co oznaczało, że straciłby wszystko po upływie około 6 lat. W najgorszym momencie jego strata wynosiła już 20%. Ostatecznie zysk wyniósł 489% z zarządzanego kapitału, czyli 2,69 miliarda dolarów.

Artykuł jest dostępny dla czytelników magazynu FXMAG.

Chcesz uzyskać dostęp do artykułu?


Marcin Widerski

Redaktor portalu FXMAG

Przejdź do artykułów autora
Artykuły, które powinny Cię zaciekawić..
Zamknij

Koszyk