• Odbierz prezent
Czego nie widzisz patrząc jedynie na główne wskaźniki makroekonomiczne? PKB, dług publiczny, bezrobocie, płaca minimalna.
Z artykułu dowiesz się:

- Dlaczego oglądanie się na główne wskaźniki ekonomiczne może prowadzić Cię do błędnych wniosków?

- Czego nie dostrzegasz patrząc jedynie na wartości wskaźników makro?

PKB rośnie, płace rosną, bezrobocie maleje, a dług publiczny znajduje się w bezpiecznych granicach – istny raj. Niezależnie od tego czy jesteś analitykiem finansowym, początkującym inwestorem czy zwykłym zjadaczem chleba, którego nie interesuje za bardzo, to co dzieje się w otaczającym Cię świecie pieniądza, docierają do Ciebie różnego rodzaju dane makroekonomiczne. Rozumiesz co one oznaczają i jaką informację ze sobą niosą, bo nauczyli Cię tego na studiach, w Twojej pracy lub po prostu wyjaśniła to mądra gadająca głowa, w którymś z głównych kanałów informacyjnych telewizji. Gdyby nawet założyć, że wiesz jakie informacje niosą ze sobą takie dane jak wzrost PKB lub stopa bezrobocia, to czy wiesz o czym te dane nie mówią? Jakie informacje są przed Tobą ukrywane pod płaszczykiem pięknych cyferek, które mają Ci pokazać jak wspaniale rozwija się gospodarka? Zmuśmy się więc do wysiłku intelektualnego i zastanówmy się – czego nam nie mówią?

 

PKB

Wzrost PKB – najważniejszy wskaźnik, który wyznacza dobrostan społeczeństwa. Jeśli PKB rośnie, jest świetnie! Gospodarka się rozwija, a społeczeństwo opływa w luksusy. Kraj o dużej dynamice wzrostu PKB to istny raj na ziemi. Czy na pewno?

A co w przypadku, gdy PKB rośnie, ale rośnie również liczba ludności? Wtedy okazuje się, że wzrost PKB per capita (na jednego mieszkańca) nie jest aż tak duży, jak dla całego kraju. Ale przecież to wciąż wzrost i każdy mieszkaniec kraju cieszy się z tej części wzrostu PKB, która przypada mu w udziale. Chwila... Czy rzeczywiście przypada mu w udziale?

Oxfam – organizacja walcząca z ubóstwem na świecie, opublikowała raport dotyczący tego, jak w rzeczywistości rozkłada się czerpanie korzyści ze światowego bogactwa. Jak wynika z raportu, w 2017 r. 82% światowego bogactwa trafiło w ręce 1% najbogatszych. Połowa ludzkości nie wzbogaciła się zaś w ogóle. Pięciu miliarderów odnotowało za to tak ogromny wzrost, że wystarczyłby on do zakończenia skrajnego ubóstwa na świecie – i to 7 razy! Obserwowaliśmy za to niesłychany wzrost liczby miliarderów – jeden miliarder co 2 dni.

Mądrzejsi o te dane, możemy zastanowić się czy wzrost PKB per capita oddaje w rzeczywisty wzrost zamożności społeczeństw. Czy naprawdę muszę odpowiadać na to pytanie?

Być może jednak twierdzisz, że los biedniejszej połowy świata nie jest istotny, ważne żeby gospodarka kręciła się na wysokich obrotach, bo wtedy rynki finansowe będą mieć się dobrze, co będzie tworzyć dla Ciebie dobry klimat inwestycyjny. Czy jednak rzeczywiście tak jest? Czym właściwie jest PKB? To suma konsumpcji, inwestycji, wydatków rządowych i salda handlowego (eksport – import).

Czy w świetle raportu Oxfam, nie zastanawia Cię jak rozkłada się konsumpcja? Ile jest w niej żywności, środków higienicznych, czy też podstawowego wyposażenia domowego, a ile drogich samochodów, jachtów, samolotów i alkoholu kosztującego tyle, że przez cały rok nie zarobisz na jedną butelkę? Czy gospodarka będzie mieć się dobrze, jeżeli konsumować będą tylko najbogatsi?

A co z inwestycjami? Może chociaż tu sytuacja jest pewniejsza? Zastanówmy się więc ile z tych inwestycji to inwestycji budujące nowe miejsca pracy, poprawiające stan środowiska, polepszające opiekę medyczną, a ile z nich to inwestycje czysto finansowe o wyłącznie spekulacyjnym charakterze?

Może więc chociaż wydatki rządowe? Rząd wydaje więcej, bo ma na to pieniądze. Skąd je jednak ma? Z tego co wypracowało społeczeństwo, czy z tego co wypracują przyszłe pokolenia, spłacając zaciągane obecnie długi?

A teraz po zastanowieniu się nad wszystkimi tymi kwestiami, wróć myślami do ostatniej sytuacji, w której ucieszyły Cię dobre dane o wzroście PKB. Czy te dane powiedziały Ci cokolwiek o rzeczywistej sytuacji ekonomicznej? Czy upewniły Cię, że realna, a nie czysto finansowa sfera gospodarki rozwija się dobrze i stwarza wspaniały klimat do inwestowania i otwierania kolejnych przedsiębiorstw?

 

Dług publiczny

Pastwienie się nad wzrostem długu publicznego uważam za bezcelowe. Każdy rozumie, że skoro dług rośnie, bo co roku mamy deficyt budżetowy, to nie jest to nic dobrego. Ale przecież mamy procedury ostrożnościowe, które nie pozwalają długowi publicznemu przekroczyć jakiejś niebezpiecznej granicy. Czy przekroczyły? A skądże znowu! Relacja długu publicznego do PKB miała w Polsce trzy progi ostrożnościowe – 50%, 55% i 60%. Każdy z nich zmuszał do podejmowania coraz to bardziej radykalnych działań mających przeciwdziałać dalszemu wzrostowi długu. Tak się składa, że Polska przekroczyła próg 50%, ale cóż z tego? Wystarczyło przecież znieść próg ostrożnościowy z ustawy o finansach publicznych. Czy próg jest przekroczony, jeśli został zniesiony?

Inną sprawą jest metodologia obliczania długu publicznego. Polska metodologia różni się od unijnej, a i w ramach polskiej rzeczywistości można przecież tak sprytnie napisać prawo, by nie wliczać czegoś do długu publicznego, jeżeli zajdzie taka konieczność.

 

Stopa bezrobocia

W literaturze wymienia się trzy grupy: zatrudnionych, bezrobotnych i nieaktywnych zawodowo. Takie rozumienie rynku pracy, wraz z obowiązującymi przepisami prawa prowadzi do totalnego oderwania pracy od ludzkich potrzeb oraz do błędnego rozumienia danych dotyczących bezrobocia. W takim ujęciu ludzie dzielą się na tych, którzy pracują, tych którzy chcieliby pracować i tych, którym się po prostu nie chce. Sytuacja jest rzecz jasna dużo bardziej skomplikowana. Ponadto, statystyki dotyczące bezrobocia rejestrowanego, nie uwzględniają wielu osób, zaburzając rzeczywisty obraz problemu.

Kim jest bezrobotny według polskiego prawa? Osobą „(...)niezatrudnioną i niewykonującą innej pracy zarobkowej, zdolną i gotową do podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie lub w danej służbie albo innej pracy zarobkowej(...)". Ostatnia restrykcja nie dotyczy niepełnosprawnych, którzy muszą być zdolni i gotowi do zatrudnienia w połowie tego wymiaru pracy. Ponadto bezrobotny w rozumieniu ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy musi mieć ukończone 18 lat, ale nie więcej niż 60 lub 65 lat. Nie może być rencistą, emerytem, posiadaczem nieruchomości rolnej o powierzchni użytków rolnych przekraczającej 2 ha przeliczeniowe, osobą uczącą się...

Można długo wymieniać warunki, które ustawa stawia w celu stwierdzenia, że dana osoba jest "bezrobotna". Rzecz jasna, trzeba być też zarejestrowanym w urzędzie pracy. Jeżeli więc jesteś rolnikiem z małym gospodarstwem, studentem studiów dziennych, emerytem, który chciałby poprawić swój los poprzez podjęcie pracy albo samotną matką, która "nie jest gotowa do podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie", statystyki mogą Cię nie uwzględnić. Do tego dochodzą umowy cywilno-prawne, które totalnie zaburzają rzeczywisty obraz sytuacji pracowników.

A co z osobami, które nie są zarejestrowane w urzędzie, bo nie wierzą już w to, że uprzejmi ludzie po drugiej stronie biurka są żywo zainteresowani ich losem i dołożą wszelkich starań by pomóc im znaleźć pracę na miarę ich oczekiwań i możliwości? Takie osoby, po utracie statusu bezrobotnego stają się osobami, które są nieaktywne zawodowo. Czyli, że po prostu nie chce im się pracować? Nie sądzę. Jednak statystyki są dla takich osób bezlitosne i bardzo często ich nie uwzględniają.

Gdy widzisz dane dotyczące bezrobocia, zastanów się więc kogo w tych danych nie uwzględniono. Zamiast pytać o to ilu jest bezrobotnych, spytaj o to jaka część społeczeństwa w rzeczywistości pracuje. Odpowiedź na to pytanie mogłaby zadziwić. A i tak postawione pytanie nie uwzględnia tzw. prekariatu, czyli osób, które chociaż pracują, to nie mogą być pewne swojej przyszłości zawodowej, w związku z czym nie mogą nawet pomarzyć o nowym samochodzie lub zakupie mieszkania – choćby na kredyt. Takich żyjących z dnia na dzień osób jest coraz więcej i nawet, jeżeli nie interesuje Cię ich los, to taki stan rzeczy wpływa na sferę realną gospodarki, a przez to na napływające do Ciebie wskaźniki makroekonomiczne, które z taką pasją analizują dla Ciebie analitycy banków i domów maklerskich.

 

Płaca minimalna i przeciętne wynagrodzenie

Ważne, że przynajmniej wynagrodzeń jesteśmy pewni. Rośnie zarówno przeciętne wynagrodzenie w gospodarce, jak i płaca minimalna. Byt Kowalskiego poprawia się z roku na rok. Tak...

Rzecz w tym, że uśrednienie wynagrodzeń pomija odchylenie od średniej, co skutkuje tym, że najbogatsza część społeczeństwa mocno zawyża średnią. Mówi się, że mediana jest lepszą miarą niż średnia i mogę się do tego poglądu przychylić, ale i ona nie oddaje dobrze pojawiających się dysproporcji. Poza tym żadne statystyki nie oddają dobrze sytuacji osób pracujących „na czarno” lub zarabiających poniżej płacy minimalnej. Osoby opracowujące inne statystyki w ogóle nie zaprzątają sobie głowy istnieniem takich osób. Po co, skoro i tak nie mają jak zweryfikować ich rzeczywistej sytuacji? To dość mocno ogranicza wiarygodność danych dotyczących średniej płacy w gospodarce.

Ale minimalnego wynagrodzenia to jesteśmy jednak pewni, prawda? Nieprawda. Czy ktoś z Was słyszał o oddawaniu pracodawcy pieniędzy po wypłacie? A może o zaniżaniu liczby przepracowanych godzin lub o dzierżawieniu odkurzaczy przez sprzątaczki celem wyrównania „strat” poniesionych przez pracodawców z tytułu podwyższenia płacy minimalnej? Prawo a rzeczywistość rzadko kiedy są tożsame. A nawet co do prawa nie mamy świadomości jak jest naprawdę. Kto z Was wiedział, że jeszcze do niedawna w pierwszym roku pracy można było płacić pracownikowi 80% płacy minimalnej? Płaca minimalna była więc wyrażeniem nieodpowiednim, skoro można było płacić mniej niż „minimum”, w dodatku w majestacie prawa, o czym politycy mówili, rzecz jasna, niechętnie.

Kolejne rządy mogły chwalić się podwyższaniem płacy minimalnej oraz średniego wynagrodzenia, nie zawsze jednak równie chętnie informując jak to podwyższenie ma się do wzrostu cen. Kto jednak zaprzątałby sobie głowę problemem realnej siły nabywczej Iksińskiego, jeżeli na papierze wszystko się zgadza i rośnie. Oczywiście jestem świadomy niedawnej deflacji (o której swoją drogą mógłbym zrobić kolejne akapity), ale rozważmy problem w skali całego świata, nie ograniczając się w dodatku do ostatnich kilku lat by zrozumieć, że problem realnej siły nabywczej w stosunku do nominalnego wzrostu płac jest problemem wyjątkowo istotnym.

 

Podsumowanie

Nie neguję sensu istnienia wskaźników makroekonomicznych, choć mógłbym długo rozwodzić się nad płytkością informacji przekazywanych nam poprzez kolejne z nich. Nie to jednak jest moim celem. Chciałem pokazać Wam w jaki sposób dajemy się ogłupiać danymi, którymi jesteśmy bombardowani. Przyjmujemy je zupełnie bezrefleksyjnie, nie zastanawiając się czego nie dostrzegamy. Jeżeli ktoś spróbuje się doszukać w tym tekście drugiego dna związanego ze zwróceniem uwagi na pewne problemy społeczne, to nie pomyli się w swojej ocenie. Jeżeli udało mi się uwrażliwić choćby jedną osobę na to, że nie zauważamy ludzkich problemów, analizując gospodarkę jako ciąg kolejnych liczb, a nie dostrzegając, że gospodarka to ludzie - osiągnąłem swój cel. Jeżeli nawet tak się nie stanie, to być może ktoś zrozumie przynajmniej, że te problemy szarych ludzi mają wpływ na funkcjonowanie gospodarki, o czym większość wskaźników nas nie informuje. Jeżeli więc interesuje Cię tylko stan gospodarki jako całości, to chcąc ją analizować i tak musisz wyjść poza narzucone schematy rozumienia popularnych wskaźników. Pod nimi kryje się coś więcej. Nie zawsze to widać, ale nie można tego ignorować, gdyż dalsze ignorowanie i bezrefleksyjna radość z dobrych danych makroekonomicznych może doprowadzić nas do społeczno-gospodarczej katastrofy.

 

źródła:

https://www.oxfam.org/en/research/reward-work-not-wealth

K. Marchewka-Bartkowiak, Potrzeby pożyczkowe jednostek sektora finansów publicznych., Infos : zagadnienia społeczno-gospodarcze 2012, nr 17 (131), s. 1-4.

P. Błaszkiewicz, Rola aktywnej polityki rynku pracy w zwalczaniu bezrobocia, [w:] H. Liberska, A. Malina, D. Suwalska-Barancewicz (red. nauk.), Współcześni ludzie wobec wyzwań i zagrożeń XXI wieku, Warszawa, Difin, 2014.

J. Zielińska, Współczesny rynek pracy w Polsce. Kondycja psychospołeczna i ekonomiczna. Prekariat w branży gastronomicznej [w:] H. Liberska, A. Malina, D. Suwalska-Barancewicz (red. nauk.), Współcześni ludzie wobec wyzwań i zagrożeń XXI wieku, Warszawa, Difin, 2014.

Ustawa z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, Dz.U. 2004 nr 99 poz. 1001, t.j. Dz.U. 2017 poz. 1065

Ustawa z dnia 27 sierpnia 2009 r. o finansach publicznych, Dz.U. z 2009 r. Nr. 157, poz. 1240, t.j. Dz.U. 2017 poz. 2077.

Ustawa z dnia 10 października 2002 r. o minimalnym wynagrodzeniu za pracę., Dz.U. 2002 nr 200 poz. 1679, z późn. zm.

 

źródło grafiki głównej: pixabay.com


Kamil Marszycki

Analityk finansowy specjalizujący się w rynkach akcyjnych. Zainteresowany finansami behawioralnymi i wpływem rachunkowości na wycenę spółek. Wyznaje zasadę głoszącą, że nawet w najgorszych sytuacjach można odnaleźć perspektywę osiągnięcia sukcesu.

Przejdź do artykułów autora
Artykuły, które powinny Cię zaciekawić..
Zamknij

Koszyk