• Odbierz prezent
Bańka internetowa (2000-2002)

Wykres amerykańskich dotcomów jest jednym z najpiękniejszych w całej giełdowej historii. Stał się on wzorcem szaleńczych zakupów kreujących bańkę inwestycyjną. Zna go prawie każdy, a kto nigdy wcześniej nie widział, ten czym prędzej powinien nadrobić zaległości, by mieć czujne oko, gdy pojawi się podobna sytuacja w przyszłości. Sprawdźmy jak powstała bańka internetowa i jakie były jej konsekwencje.

Czy to jest Mount Everest?

Wygląda bardzo podobnie, jednak to nie najwyższy szczyt świata. Przynajmniej nie ten realny.

Wykres 1

NASDAQ Composite doprowadził wielu inwestorów do gorączki złota. Najpierw rozbudził ich emocje i chciwość, a następnie odebrał niemal wszystko wracając w rejony rozpoczęcia ruchu wzrostowego.

Jak to się wszystko zaczęło?

Pomimo że obecnie ciężko nam sobie wyobrazić rzeczywistość bez Internetu, to faktycznie kiedyś była to branża raczkująca. Co więcej, na początku pojawiało się wielu sceptyków, którzy jasno mówili, iż on się po prostu nie przyjmie. Clifford Stoll, dziennikarz amerykańskiego Newsweeka, napisał w 1995 roku: „Interaktywne biblioteki, multimedialne szkoły i praca z domu? To jakieś bzdury”. Nie trzeba było długo czekać, by się przekonać jak mocno się pomylił.

Wszystko zaczęło się w roku 1995, kiedy mieliśmy do czynienia z komercjalizacją Internetu (powstał na przełomie lat 60/70 jako komunikacja militarna na wypadek wojny atomowej). Aż trudno w to uwierzyć, ale miał on wtedy jedynie 18 milionów użytkowników. Liczba ta jednak systematycznie rosła, stając się tym samym ciekawym miejscem do inwestycji dla coraz większej ilości firm. Kluczowymi wydarzeniami w rozwoju Internetu było powstanie pierwszej wersji przeglądarki internetowej Netscape, systemu operacyjnego Windows 95 oraz stworzenie języka programowania Java. Mimo to, większość firm nie zdawała sobie sprawy z potencjału Internetu, a nawet nie wiedziała jak z niego korzystać. Właśnie ta pustynia inwestycyjna stwarzała ogromne możliwości. O praktycznym zastosowaniu mówili jedynie wizjonerzy. W Internecie prócz drogiego dostępu za łącze, wszystkie treści były bezpłatne. To oczywiście sprawiło, że swój kawałek tortu wypatrzyła branża reklamowa, pierwsze sklepy oraz serwisy aukcyjne. Rozwój handlu napędzał ilość użytkowników, a sukcesy pierwszych internetowych firm zachęcały kolejnych przedsiębiorców do spróbowaniu swych sił na nowym gruncie.

Spektakularny rynkowy sukces przyciągnął poszukiwaczy łatwego zysku

Do niesamowitej sytuacji doszło podczas pierwszego dnia notowań akcji korporacji Netscape. W trakcie emisji były one wyceniane na 28 dolarów za sztukę, natomiast na pierwszej sesji wystrzeliły do poziomu 75 dolarów, po czym kurs ustabilizował się na pułapie 58 dolarów. Takie zamknięcie podniosło wycenę spółki do oszałamiającej kwoty 2,9 miliarda dolarów.

To wydarzenie rozpoczęło rynkowe szaleństwo. Wszyscy zobaczyli, że Internet daje olbrzymie możliwości do spekulacyjnego wywindowania cen. Na rynku oprócz firm innowacyjnych, czy też po prostu dobrze wykonujących swoją robotę, zaczęły się pojawiać podmioty, które chciały się jedynie podpiąć pod trend popularności nowej technologii i go wykorzystać do zwielokrotnienia swojej rynkowej wartości. Mieliśmy do czynienia z istnym wysypem nowych firm nie związanych z branżą IT, ale umieszczających w swojej nazwie (.com). Stąd też wzięła się nazwa bańki dotcomów, ponieważ słowo „kropka” to po angielsku „dot” oznacza „kropka”. Dodatkowo, biznesy te nie miały wystarczającego kapitału początkowego, a czasem nawet biznesplanu. W międzyczasie oliwy do ognia dodawali dziennikarze, eksperci, analitycy giełdowi, czy też zarządzający funduszami, którzy rozpalali wyobraźnię oraz nadzieję na ogromne zyski z inwestycji w akcje takich spółek. Dochodziło do abstrakcyjnych sytuacji, kiedy to na fali mody, spółki z małą ilością klientów lub nawet w ogóle nie generujące przychodów, miały wyższe wyceny giełdowe, niż rynkowi liderzy z innych branż. Z czasem wyszło na jaw, że spółki przedstawiały zawyżone prognozy dotyczące wyników finansowych, a także przedstawiali wirtualne zyski. Jednak wielu inwestorów dało się nabrać na zapewnienia prezesów firm. To właśnie głównie inwestorów obwinia się za kryzys który wybuchł w 2001 roku, ponieważ traktowali każdą firmę z branży internetowej jak kolejny Microsoft. Jednak w praktyce spekulacyjny balon pompowany był w dużej mierze przez fundusze venture capital. Były to spółki inwestycyjne, specjalizujące się w lokowaniu kapitału w instrumenty o podwyższonym ryzyku. Chętnie finansowały firmy nawet wtedy, gdy były jeszcze start-upami. Do spółek technologicznych napływał coraz większy strumień gotówki. W 1997 roku było to 10 miliardów dolarów, w 1998 roku 20 miliardów dolarów, natomiast w 2000 roku z funduszy venture capital do spółek technologicznych trafiło 115 miliardów dolarów. Napływy gigantycznego kapitału miały doprowadzić do ogromnego sukcesu w bardzo krótkim czasie, jednak to się okazało nierealne. Zbyt optymistyczne założenia w kwestii możliwości firm technologicznych oraz hossa na rynku akcji doprowadziły do tego, że w rekordowym momencie łączna kapitalizacja spółek na giełdzie NASDAQ wynosiła 6,71 biliona dolarów.

Artykuł jest dostępny dla czytelników magazynu FXMAG.

Chcesz uzyskać dostęp do artykułu?


Marcin Widerski

Redaktor portalu FXMAG

Przejdź do artykułów autora
Artykuły, które powinny Cię zaciekawić..
Zamknij

Koszyk